Niedawno odbyły się Międzynarodowe Targi Książki w Warszawie na PGE Narodowym. Od kilku lat nie biorę w nich udziału; w Krakowie nie wystawiam się od 2014 roku, a w Warszawie od 2020, kiedy to trzeciego dnia targów blisko mojego stoiska pod PKiN unosiły się opary moczu… Kulturalni ludzie wychodzący z kulturalnych miejscówek załatwiali swoje potrzeby w pobliżu namiotów wystawców… Wtedy zdecydowałam, że to mój ostatni raz w tym międzynarodowym wydarzeniu.
Po latach znoszenia kiepskich lokalizacji za duże pieniądze, traktowania mnie z góry, zadałam sobie pytanie: Dlaczego mam to sobie sama fundować? Te wszystkie niedogodności? Przez cztery bite dni stać przy ciasnym stoisku jak w koń w boksie i stawać na rzęsach, żeby ktoś mnie zauważył. Choć przy napierającym tłumie i kolejkach wielbicieli stojących po podpis celebryty potrzebne były szczudła, a nie rzęsy.
Od lat powtarzają się te same problemy: źle zaplanowane stoiska, ustawione chaotycznie i ciasno, by sprzedać jak najwięcej powierzchni. Wąskie przejścia, brak strefy odpoczynku dla rodzin z dziećmi. My, małe wydawnictwa książek dla dzieci i młodzieży, wielokrotnie prosiliśmy o ustawienie nas blisko siebie i stworzenie wokół przyjaznej przestrzeni dla naszych czytelników. Nigdy się to nie udało. Zawsze był opór materii. Tymczasem naprawdę niewiele potrzeba, żeby wszystkim było wygodniej i milej.
Dziwnie ułożona numeracja sektorów i stoisk sprawia, że można przejść kilka razy całą promenadę i nie znaleźć swojego wydawnictwa, szczególnie tych małych, ściśniętych na niewielkich powierzchniach. W tym roku na niektórych wydawców czekała dodatkowa atrakcja: na stoiskach pojawiły się owady, podobno mole, choć mówi się, że mogły to być ćmy. Dobrze, że nie osy albo stado szerszeni…
Kiedy w tym roku szłam na stadion – jako czytelniczka oraz osoba mająca prowadzić spotkanie autorskie – miałam wrażenie, że wpadłam w jakąś otchłań. Wokół mnie było brudno, brzydko i miałam poczucie, że zaraz do czegoś się przykleję. Wszechobecny hałas i chaos komunikacyjny powodowały rozdrażnienie i zmęczenie. Od razu natrafiłam na zabarykadowane przez wózek z kawą wejście. Kiedy już się przebiłam przez gigantyczną kolejkę, utknęłam miedzy ludźmi czekającymi na autografy. Niemiłe panie odganiały tych, którzy chcieli przecisnąć się dalej przez wąskie przesmyki obok stoisk, powtarzając, że tu nie wolno. Zrezygnowana wycofałam się. Przez chwilę przez głowę przebiegła mi myśl, że gdyby w tym tłumie wydarzyło się coś nagłego, ludzie po prostu by się zadeptali. Z dużym podziwem patrzyłam na osoby na wózkach oraz matki z małymi dziećmi – ich obecność w tych warunkach była swoistym aktem odwagi.
Pierwszego dnia klimatyzację podkręcono zbyt mocno, kolejnego panowała straszliwa duchota. Było za mało punktów z urozmaiconym jedzeniem, a cena zwykłej kajzerki z serem była z kosmosu – ale z głodu i tak ją kupiłam. Weszłam na targi na podstawie wejściówki, którą otrzymałam od wydawnictwa, ale odwiedzający musieli zapłacić za wejście! To też oczywiście powodowało kolejki. Już nie wspomnę, że bilety kosztowały tyle co książka. Przy dość niskim poziomie czytelnictwa i utyskiwaniu na brak dostępności do kultury, a także wysokich cenach stoisk naprawdę można było wprowadzić bilety za symboliczną złotówkę, a przede wszystkim zorganizować więcej kas i wejść! Miłym gestem ze strony władz miasta byłoby zagwarantowanie darmowego wejścia na targi.
Owszem, spotkałam kilka osób, których dawno nie wiedziałam; wpadliśmy sobie w ramiona, pogadaliśmy przez chwilę, choć w takich warunkach trudno mówić o rozmowie. Kupiłam sporo książek, kilka dostałam w prezencie, w końcu wyszłam stamtąd z poczuciem ogromnej ulgi! Szłam w słońcu, mijając ludzi. Było duszno, wręcz parno. Schowałam się pod lipą i odpoczęłam trochę. Po chwili spadł deszcz. Podjechał mój mąż, wskoczyłam do samochodu i znowu poczułam ulgę, że nie muszę tam być. Właśnie: nie muszę!
To złudne poczucie, że jeśli się nie wystawiam, to o mnie zapomną, nie sprawdziło się. Powstały inne inicjatywy – wybieram te, które wpisują się w to, co i jak robię. Gdzie ktoś dba o moje samopoczucie, a nawet proponuje kawę, herbatę, czasem ciastko. Przychodzi, pyta, pomaga.
Przestrzeń stadionu pozornie jest wygodniejsza niż PKIN, pod wieloma względami na pewno: ma podziemny parking, wiele wejść i windy towarowe, ale gdyby to wszystko jeszcze działało, jak powinno.
Dopóki są chętni na byle jakie warunki, to ten cyrk będzie odbywał się dalej. Ponarzekamy, powściekamy się, a za rok, w tym samym miejscu, ci sami organizatorzy zrobią to samo – bo od lat nikogo nie słuchają, nie wyciągają wniosków. Działają w myśl hasła z kampanii. Jest Sprite, jest pragnienie. Ale, moi drodzy, zawsze jest inne wyjście! Można się wyłamać, powiedzieć „nie”, trzasnąć drzwiami i opuścić przestrzeń tak nieprzyjazną dla wszystkich. Do czego was, drogie koleżanki i drodzy koledzy z branży, namawiam.
Marta Lipczyńska-Gil, artykuł z 43. numeru magazynu „Ryms”


















