Marta Lipczyńska-Gil

Im dłużej jestem wydawczynią, tym bardziej doceniam proces twórczy. Nie efekt końcowy, ale poszczególne etapy powstawania książki analogowej.

Najbardziej lubię pracę nad pomysłem! Ten początek wszystkiego. Wtedy wchodzę na najwyższe obroty. Pomysł goni pomysł. Kreacja to mój żywioł. 

Oczywiście w końcu trzeba się zdecydować na konkretne rozwiązanie i pójść dalej. Zaczyna się rozkładanie tekstu na czynniki pierwsze. Wydaję sporo książek obrazkowych, w których tekstu jest niewiele, ale krótki tekst wcale nie oznacza mniej pracy, tu ważna jest precyzja, liczy się każde słowo. 

Tak pracowałam z Agatą Królak nad jej autorskimi książkami Myśli Teo i Piękno Teo. Agata przesłała mi swoje teksty. Nie miałam wtedy w planach nowego tytułu, ale ponieważ znałam inne jej książki, otworzyłam plik z ciekawością. Tekst od razu mnie zaintrygował – był zupełnie różny od tego, co dotąd tworzyła. Zaczęłam czytać i niemal odruchowo… go skracać. Wyciskać z niego kwintesencję. Agata podchwyciła zmiany i dalej poszło jak z płatka. W ten sposób powstały Myśli Teo

Doświadczeniem dostarczającym mi dużo frajdy jest sytuacja, kiedy do gotowych ilustracji brakuje tekstu, a ja szukam osoby, która go napisze. Tak było m.in. z Dziką. Makieta z konikami namalowanymi przez Józefa Wilkonia, która nas (mnie i męża) zachwyciła lata temu, długo czekała na swój moment. Aż poprosiłam Sylwię Stano, autorkę książek o kucyku, o napisanie krótkiej historii o konikach polskich. Akurat w jej życiu pojawiła się Pina – klacz, która wygląda jak jeden z koników namalowanych przez pana Józefa. To było naprawdę ciekawe wyzwanie. Początkowe onieśmielenie przekształciło się w proces tworzenia historii o wolności. Zmiany rodziły się do ostatniej chwili; dywan z zawilców powstał na finiszu. Cieszą mnie takie projekty, a najbardziej otwartość ludzi na nowe wyzwania. To niesie dreszczyk emocji, pewną nieprzewidywalność i element zaskoczenia. 

Uwielbiam proces tworzenia, ale doceniam też książkę jako przedmiot, czasami wręcz pożądania. Obracam ją w rękach, zanim zajrzę do środka. Jestem uzależniona od zapachu papieru i farby. Już jakiś czas temu przestałam używać folii zabezpieczającej oklejkę. Lubię czuć fakturę papieru na okładce, jej chropowatość. Odkąd mamy powielacz RISO, nie wyobrażam sobie innej opcji – folie są u nas passé.

Kiedy słyszę charakterystyczny szum drukarki RISO, która z prędkością 120 kartek na minutę wyrzuca z siebie zadrukowane pierwszym kolorem strony, czuję przyjemność. Ten dźwięk jest jak mantra: miło wibruje i uspokaja. Ale tu nic samo się nie zrobi. Siedzę więc i nasłuchuję, podczas gdy przodownik pracy, Piotr, zaczyna swoją przygodę. Najpierw przygotowuje pliki do druku metodą RISO. Każdy kolor oddzielnie. Wcześniej wybieramy papier; najczęściej Munken Rough, ale też inne ekologiczne warianty, jak Crush Corn, papier z domieszką pozostałości po produkcji kukurydzy, które zastępują 15% celulozy drzewnej, czy Crush Lemon, powstały z resztek cytrusów.

Im więcej kolorów, tym więcej pracy. Więcej prób kolorystycznych, więcej przejść tej samej strony przez powielacz. Nasycenie koloru, spasowanie ich – to jest wyzwanie. W przypadku tej metody nigdy nie uda się zrobić tego idealnie. Ale też najbardziej cenię w tym sposobie pracy niedoskonałość, przesunięcia, przybrudzenia. Dlatego powielacze RISO są ulubieńcami środowisk kreatywnych – przy druku plakatów, pocztówek, zinów. Tymczasem my zaczęliśmy drukować nimi książki!

Jako Hokus-Pokus wydałam cztery majstersztyki: Młynek do kawy Gałczyńskiego z ilustracjami Stanisława Zamecznika, Bajki La Fontaine’a oraz Cuda i dziwy Tuwima zilustrowane przez Ha-Gę, czyli Hannę Gosławską-Lipińską, a ostatnio wspomnianą Dziką. Każdy tytuł to małe dzieło: od formatu przez dobór papieru i nasycone kolory po oprawę, najczęściej otwartą. Brak grzbietu sprawia, że książka rozkłada się na płasko i zyskuje swoisty, surowy sznyt. 

Co nie mniej istotne: te książki pachną! Farby RISO są ekologiczne. Tworzy się je na bazie wody i oleju ryżowego lub sojowego. Ale to nie wszystko. Do druku metodą RISO potrzebne są matryce – to przez nie przechodzi farba – a te wykonane są z liści bananowca. 

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam kolorowy wachlarz zużytej matrycy, oniemiałam. Pachnąca olejem harmonijka wyglądała jak fragment plisowanej spódnicy w łowickie pasy.

Gdy wydrukowane kolory osiądą na papierze, zbieramy gotowe składki i następuje kolejny fascynujący etap: szycie. Piotr zszył własnoręcznie kilka tytułów: najwięcej, bo 100 egzemplarzy tomiku wierszy Wena, katalog z pracami Józefa Wilkonia na jubileusz 95. urodzin artysty w Radziejowicach w 2025 roku oraz pierwszą książkę w naszej nowej oficynie ferment – mapę fal Karli Szymy, w której zastosował szycie japońskie. Większe nakłady, powyżej 100 egzemplarzy, oddajemy do zaprzyjaźnionej drukarni, bo to jednak żmudna i czasochłonna praca.

Oficyna ferment to przestrzeń na książki ręcznie robione, adresowane głównie do dorosłych czytelników. W ten sposób chcieliśmy oddzielić je od tych wydawanych w Hokus-Pokus. 

Dotychczas ukazały się trzy pozycje: wspomniana mapa fal, powieść Sylwii Stano Morzeca oraz zbiór wierszy wybranych Elżbiety Zechenter-Spławińskiej Przepraszam cię, moje życie. Każda z nich niesie inne emocje, inne doświadczenie. Największym wyzwaniem była praca nad Morzecą; obie z Sylwią stawiałyśmy w książce pieczątki. Sylwia sama zrobiła stemple imitujące fale! Tak wyróżniłyśmy fragmenty wypowiadane przez morskie postacie z głębi Bałtyku. Dodało to książce innego wymiaru. Każdy egzemplarz przeszedł przez nasze ręce. Siedziałyśmy w skupieniu jak mniszki i zostawiałyśmy na stronach powieści zielone ślady. Dzięki temu każda książka to unikat.

I o to właśnie chodzi: o pracę rąk, dotyk, zapach. O kolor nitki na grzbiecie, wybór grubości tektury na okładkę, kolor farby. Zajmuje to nam więcej czasu, ale w ten sposób chcemy pokazać, że każdy etap pracy nad książką ma znaczenie. Dopóki książka pozostaje w naszych rękach, zabawa trwa. 

artykuł ukazał się w najnowszym 42. numerze magazynu „Ryms”