Las milczy o rzeczach nieważnych. Tylko posłuchaj!

Przesilenie zimowe to czas, w którym las woła mnie najmocniej. Dni są krótkie, światła jak na lekarstwo, a kiedy się pojawi, nie mam wątpliwości, dlaczego nasi przodkowie czcili Słońce. Ja też staję się wyznawczynią. Cisza w głowie, która pojawia się po wędrówce przez puszczę, otula i koi. Potrzebuję ciszy, żeby pisać, a las milczy o rzeczach nieważnych.

Zimowy sen lasu jest cichy, budzi to, co dotychczas było zagłuszane. Może dlatego zima jest najlepszym czasem na pisanie. Zaczęłam myśleć o tym, co w kwestii ciszy napisać latem. Siedziałam przed pustą kartką, nad sobą miałam gniazdo kopciuszków, więc o ciszy nie było mowy. Pisklęta są bardzo głośne, kiedy domagają się jedzenia, a ja wymyślałam strzępy zdań o ciszy, które potem zapominałam zapisać. Bujność lata nie jest cicha, trzeba dużo dyscypliny, żeby nie dać się porwać, pozostać w słuchaniu. Być może też cisza musiała najpierw wybrzmieć w przyrodzie, żebym mogła o niej pisać.

W zimie wzrok odpoczywa przy monochromatycznym krajobrazie. Las zamienia się w królestwo mchów i porostów. Liście opadają, a chrobotki ukazują całą swoją kolonię w kolorze morza, zieloną, choć odrobinę rozbieloną, dobrze nasyconą listopadową wilgocią. Kiedy spada śnieg robi się naprawdę cicho i przytulnie. 

cisza 
nie ma słów na las w śniegu
brnąć w to dalej? 
uklęknąć?
zawrócić?

Tak o śniegu w lesie pisze Krystyna Miłobędzka i idealnie oddaje to, co czuję, gdy robi się biało. Celebruję ten stan. Cisza ma dla mnie coś z koloru, który odbija od siebie wszystkie inne. Im bardziej niezapisana, gładka, gubiąca kontury biel, tym lepiej mi się myśli, a żeby przyjrzeć się uważnie mchom, porostom i jałowcowym szyszkojagodom, trzeba przystanąć, uklęknąć. Na wykładzie o wilkach w Kampinoskim Parku Narodowym usłyszałam, że wilki mają swoich aniołów stróżów, choć ich skrzydła nie są białe, tylko czarne. To kruki. Doskonale widoczne w zimowym krajobrazie. 

Kto nie poznał chilijskiego lasu, ten nie zna naszej planety. Z tej ziemi, z tego błota, z tej ciszy wyrosłem, by wędrować i śpiewać po świecie.

Pablo Neruda w „Wyznaję, że żyłem”, w tłumaczeniu Zofii Szleyen, nasącza się ciszą. Wędrówka też ma swoje znaczenie. Co roku w przesilenie letnie, a teraz też i zimowe, wędruję z kobietami, które tak samo jak ja potrzebują zadedykować wysiłek fizyczny ziemi, zmianie i pisaniu. Każdy ruch zwiększa poczucie szczęścia, radości i wdzięczności. To potwierdzone badaniami – aktywność fizyczna powoduje uwalnianie endorfin i neuroprzekaźników, które wiążą się z receptorami w mózgu, dając nam uczucie szczęścia i przyjemności. Przy wspólnym wędrowaniu przez las połączenie staje się z każdym krokiem silniejsze. 

Idziemy przez las, a las idzie przez nas. I w tej ciszy tętniącej w ciele, która wcale nie jest cicha, choć łatwa do zagłuszenia, rodzą się myśli na nowy rok. Ciało się odpręża, z głowy ulatują myśli.

Idę więc do lasu, kiedy potrzebuję ciszy, choć między drzewami wcale cicho nie jest. Najbardziej gadatliwe są sosny. Pionierki w zdobywaniu nowych miejscówek, opiekunki najbardziej potrzebujących, są również bardzo zapraszające do rozmowy. Spróbuj zadać pytanie sośnie, a zobaczysz, jak szybko przyjdzie odpowiedź. W ciszy.

Choć w tym roku to brzozy, złote prawie do końca listopada, trzymające zawzięcie drobne listeczki podczas licznych zawieruch, milczały dla mnie najdonośniej. O czym? Sami je spytajcie. 

Sylwia Stano, artykuł ukazał się w 41. numerze magazynu „Ryms”

fot. Tomasz Barański

1 KOMENTARZ

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.