Nasza malutka redakcja obwieściła jeszcze w grudniu 2024 roku, że sednem bieżącego nr magazynu „Ryms” będą nagrody i festiwale literackie. Numer ukazał się w marcu br a teraz niemal co druga redakcja zamieszcza artykuł pod hasłem po co nam nagrody. Zamieszczam artykuł mojego autorstwa. Piszę w nim o dwóch nagrodach, które otrzymałam…
Nieustająco zachęcam do prenumeraty naszego pionierskiego magazynu ;P (ml)
Wydmuszka
Od 15 lat codziennie zerkam na ekran małego telewizora z logo TVP Kultura. To lampka, która rozświetla ciemność. Stoi na niej świnia z porcelany – symbol dobrobytu i szczęścia. Tworzą udany duet. Telewizorek dostałam w 2010 roku do rąk własnych na gali nagrody Gwarancje Kultury organizowanej przez TVP Kultura w kategorii Osiągnięcia w twórczym rozwoju Dzieci i Młodzieży za pismo i wortal Ryms. Gala odbyła się w forcie Sokolnickiego na warszawskim Żoliborzu.

Weszłam na scenę na trzęsących się nogach, stanęłam przed nominowanymi oraz zaproszonymi gośćmi. Nagrodę wręczyła mi Zofia Dubowska-Grynberg, która dwa lata wcześniej odebrała nagrodę w tej samej kategorii za książkę „Zachęta do sztuki”. Przemówiłam bez kartki, podziękowałam jak na Oscarach i zeszłam. Gala była emitowana w telewizji – mali synowie pod opieką babci i dziadka oglądali wydarzenie w domu.
Podczas gali widać było, że owa kategoria była jakby z innej bajki, sam prowadzący wydarzenie – Michał Chaciński miał z nią kłopot, nie za bardzo wiedział, co to za wytwór.
Po całym zamieszaniu została mi lampka, a po latach przeświadczenie, że ta nagroda nie wniosła nic nowego do mojego życia. Nie odbyły się żadne wywiady w zakładach pracy, żadne rozmowy kulturalne w telewizji, nikt nigdy nie zaprosił mnie do żadnego programu, a było ich wtedy w TVP Kultura kilka…
I teraz z perspektywy lat, po zdobyciu nowych doświadczeń, zastanawiam się, po co w ogóle utworzono tak niewygodną dla wszystkich kategorię. Owszem, to dobrze wygląda w moim CV i notce biograficznej. Gwarancja Kultury brzmi dumnie, godnie, poważnie, ale mam poczucie, że nikt mnie poważnie nie potraktował – od organizatorów po prowadzącego galę.
Osoby na stanowiskach lubią głosić hasła, że dzieci to ludzie, nadzieja, przyszłość. Dobro. Hasła: Kultura jest ważna, jedna, wspólna są dobre na transparenty, tylko w zderzeniu z rzeczywistością ciągle czuję, że robię w kulturze niepoważnej, że ciągle muszę udowadniać, że to, co robię, ma sens, jest wartościowe, ważne, godne. Nawet nagrody, które otrzymuję.
Po tamtej edycji ową niewygodną kategorię… zlikwidowano. Dla mnie Gwarancja Kultury okazała się nagrodą wydmuszką, nagrodą bez zaopiekowania się nagrodzonymi… Ale statuetka jest w pytę.
Zastrzyk
Za to 2024 rok był rokiem „Fermentu w mieście!” Książka wymyślona i napisana przeze mnie, a zilustrowana i zaprojektowana przez Martę Ignerską została nominowana do 17. Nagrody Literackiej m.st. Warszawy w kategorii literatura dla dzieci i młodzieży. To było dla mnie totalne zaskoczenie! W dodatku egzemplarz dla jury wiozłam ostatniego dnia przyjmowania zgłoszeń, bo kilka dni wcześniej pomyliłam adres i książki poleciały w Polskę, a nie do biura nagrody w Warszawie.

Co dała mi ta nagroda? Całkiem sporo. Satysfakcję z samej nominacji, bo nominowane są tylko trzy tytuły w poszczególnych kategoriach, a nie kilkanaście. Bo wszystkie książki są prezentowane w mediach, głównie społecznościowych na etapie nominacji. Krótkie filmiki latają po sieci jak ćmy przy świetle. Bo galę, która odbyła się w auli Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie przy Wybrzeżu Kościuszkowskim zorganizowano na niezłym poziome – prowadząca była przygotowana, zaprezentowano wszystkie książki podczas krótkich, zgrabnie zmontowanych filmów, jury odczytało laudacje o wszystkich nominowanych tytułach. Potem były koreczki, wino białe i czerwone do wyboru oraz dużo wody z kranu w karafkach.
Po zakończeniu gali wszyscy nominowani otrzymali przelewy. To, że zwycięzcy tej nagrody otrzymują nagrody finansowe, było wiadome od dawna, ale od jakiegoś czasu honoraria dostają też nominowani twórcy i twórczynie. To zastrzyk, który dla twórczyń takich artystycznych, szalonych książek jak „Ferment w mieście” może być jak przetoczenie krwi. Albo podanie dożylnie elektrolitów.
W przypadku tej nagrody marzy mi się jednak, aby po ogłoszeniu wyników nie zapominano o nominowanych (jest ich garstka). Zamiast przeprowadzać kolejny wywiad o tym samym ze zwycięzcami, oddać głos nominowanym, którzy też mają coś do powiedzenia.
Ryms o Gzyms
Po wielu latach sama powołałam do życia nagrodę Ryms o Gzyms, w której pięcioosobowe jury szuka nowych tekstów najpełniej oddających hasło przewodnie – w pierwszej edycji tym hasłem była DZIKOŚĆ. Ta nagroda, bardzo młoda, została zorganizowana spontanicznie w ubiegłym roku w ramach festynu Hola, Hola, Literatura! Nie było gali, bo wyniki zostały ogłoszone podczas wakacji i już wiemy, że nie jest to dobry termin. Dlatego w tym roku wyniki poznamy w listopadzie i wtedy odbędzie się wręczenie nagród i wyróżnień. Od początku jest to nagroda finansowa – za trzy pierwsze miejsca ustalone są kwoty. Jak na nową, jeszcze niewypromowaną nagrodę, powołaną przez małe niezależne wydawnictwo, to chyba całkiem nieźle.
I co dalej?
Nagrody są potrzebne, każdy lubi być doceniony, a twórcy, jako istoty nadwrażliwe, potrzebują dopieszczenia w szczególności. Jednak ważne, żeby były one przemyślane, ich kryteria dopracowane, a jury było kompetentne, bardzo zróżnicowane pod względem płci, specjalizacji i jak najbardziej neutralne, co niestety nie zawsze się zdarza. Bardzo znamienne jest, że w wielu komisjach różnych konkursów przewijają się te same osoby, kilka nazwisk pojawia się w 3–4 konkursach jednocześnie od lat, co jest, delikatnie mówiąc, mało poważne.
Marzą mi się nagrody nieuwikłane politycznie, których gale są organizowane ze smakiem, pomysłem, niekoniecznie „na bogato”. Gale prowadzone sprawnie, dowcipnie, bez patosu. Ale najważniejsze jest, żeby nagrodzeni czuli się potraktowani poważnie, niezależnie od kategorii, w której są nominowani.
PS Podczas ubiegłorocznej gali Nagrody m.st Warszawy radna Agnieszka Wyrwał podała liczbę nagród literackich w Polsce. Padła liczba 99, jeśli dodamy do tego naszą – Ryms o Gzyms mamy teoretycznie 100.
Marta Lipczyńska-Gil
artykuł ukazał się w 38. nr magazynu „Ryms”
















