Wasz 1989 - konkurs rozstrzygnięty

Środa, 21 lipca 2010

Nasz konkurs na wspomnieniowe prace o 1989 roku - przełomowym dla Polski i szczególnym, prywatnym czasie - został rozstrzygnięty. Od dziś na naszym wortalu możecie przeczytać nagrodzone teksty Julii Pallado i Magdaleny Świtały. Prace ukazały się również w nowym, papierowym "Rymsie" nr 10, znajdą się także na portalach wydawnictw Hokus-Pokus i Wytwórnia, które wspólnie wydały antologię "1989. Dziesięć opowiadań o burzeniu murów".

Miłej lektury:)

Julia Pallado

Urodziłam się 21 sierpnia 1980 roku jako drugie dziecko w rodzinie Państwa P. Kiedy w Gdańsku zostało podpisane porozumienie, leżałam jeszcze w szpitalu w Rudzie Śląskiej na oddziale noworodków.

Ponad rok później kolejne wydarzenie historyczne zbiegło się ze świętem w naszej rodzinie. 13 grudnia 1981 roku ogłoszono stan wojenny i do rodzinnej anegdoty przeszło pełne żalu zdanie solenizantki: „Jak oni mogli mi to zrobić, czy nie wiedzą, że dziś są moje urodziny?”. Moja siostra Emilka skończyła pięć lat. W niedzielny poranek w telewizji polskiej w czasie, kiedy miały być emitowane programy dla dzieci, przemawiał generał Jaruzelski. Ulicą Brynowską w Katowicach, przy której mieszkaliśmy, jechały czołgi w kierunku Kopalni Wujek. „Patrz i pamiętaj” – powiedziała mama do mojej siostry. Wyrastałyśmy w tym obie, Emilka i ja: niekończące się zakupy, kolejki, obcy ludzie gromadzący się w naszym przedpokoju jak w budce telefonicznej – jako jedni z pierwszych w bloku mieliśmy telefon, radość z pierwszych dżinsów przywiezionych przez przyjaciela Norwega, zapach frankfuterek cudem zdobytych na moją komunię…

W roku 1989 mam 9 lat…

…i bardzo wysoką gorączkę. Przy okrągłym stole w naszym nowym mieszkaniu gromadzi się rodzina. Przy okrągłym stole w Pałacu Namiestnikowskim rozpoczynają się obrady. Czuję się fatalnie, leżę w sypialni rodziców, krwotok z nosa zatrzymują dopiero lekarze pogotowia. Zasypiam. Budzi mnie ruch w mieszkaniu i słowo „szpital”. Zaczynam płakać. Emilka wyjaśnia mi, że to nie ja tam jadę, tylko mama. Rodzice wychodzą. Po dwudziestej drugiej telefon – mamy siostrę.

6 lutego 1989 roku przychodzi na świat trzecie dziecko w rodzinie Państwa P. – Marysia. Dwa lata później, 19 marca, urodzi się Karol. Karol Jan Józef – trzecie imię po ukochanym dziadku. Spokojny, zwykły dzień. Ale to już inna historia i ich zupełnie inne dziecięce wspomnienia…

W roku 1989 mam 9 lat…

…i świadomość, że moja młodsza siostra urodziła się w innych czasach. Wszystko, co związane z zajmowaniem się nią, tak bardzo odbiega od tego, co kojarzy mi się ze mną i starszą siostrą w tym okresie, a co znam ze zdjęć i opowieści. Białe pieluchy powiewają na sznurze w ogródku, ale gdy wychodzimy, używamy pampersów. Kiedy pani w szkole pyta, jak pomagamy w domu, odpowiadam z dumą: „wynoszę pampersy”; nikt się ze mnie nie śmieje, myślę, że koledzy rozumieją, jakie to wspaniałe. Historie o butelce to już przeszłość. Kiedy moja siostra płacze, zostaje przystawiona do piersi i uspokaja się. Potrafi tak długo… Jeśli to nie pomaga, mama wozi ją samochodem dookoła osiedla.

W roku 1989 mam 9 lat…

…i spędzamy wakacje w Ustroniu. W willi należącej niegdyś do generała Ziętka (w latach 70. wojewody śląskiego), od niedawna własności Katowickiego SARPU (Stowarzyszenia Architektów Polskich), którego tata jest członkiem. Przestronne pokoje, ogród przypominający park – zapierają dech w piersiach. Ubrana w kostium kąpielowy przechadzam się po szerokich schodach wychodzących na ogród. Siadam na brzegu basenu, piękna jak Aneta Kręglicka. Zafascynowana wyborami Miss Polonia – bawię się w modelkę. W dużym holu rodzice oglądają telewizję. Dociera do mnie, że dzieje się coś ważnego. Jest lipiec 1989 roku, Zgromadzenie Narodowe wybiera Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta.

Ogród z basenem, czerwony komplet wypoczynkowy, telewizor, to nazwisko i twarz w ciemnych okularach – taki obrazek pamiętam. Sama też chyba chcę być zapamiętana: opieczętowuję swoją własną pieczątką z imieniem i nazwiskiem schody i meble w domu po generale Ziętku w Ustroniu. Tata pamięta mi to do dziś.

Jesienią roku 1989…

…upada system socjalistyczny w państwach Europy Środkowowschodniej, świat wokół się zmienia. Mam 9 lat. Dla mnie najważniejszym wydarzeniem jest konkurs Miss Świata w Hongkongu. Zwycięża Polka Aneta Kręglicka. Wciąż spędzam godziny przed lustrem. A jeśli nie tam, to na podwórku albo u koleżanki: ma piękne lalki Barbie przysłane przez kuzynki z Niemiec. Wszystko to, co dzieje się później – pojawienie się krzyży w szkole, co oznacza lekcje religii w tejże, swobodny strój, nieskrępowany nieprzyjemnymi fartuszkami, albo mleko smakowe przywożone do szkoły w butelkach, dużo smaczniejsze niż to z przeszłości, na ogół przypalane przez szkolne kucharki – daje mi poczucie, że zaszły jakieś ogólne zmiany. Kiedy rok później na lekcji historii urządzamy własne wolne wybory, głosujemy w większości, za przykładem rodziców, na Wałęsę. Wiem, że dzieją się rzeczy ważne, które są konsekwencją minionego roku.

Rok 1989 przynosi duże zmiany w naszej rodzinie. Stajemy się rodziną wielodzietną. Łączą nas silne więzy, choć czasem moje kochane młodsze rodzeństwo mnie zadziwia – są sprawy, w których dzieli nas naturalna przepaść. Pokoleniowa.

 

Magdalena Świtała

W roku 1989 miałam 12 lat. Ani dużo, ani mało. Tak w sam raz, żeby niektóre fakty zapamiętać. Na przykład stary, radziecki telewizor z wysiadającym kineskopem (aczkolwiek to nie kolory okazały się w tym dniu najważniejsze). Oglądałam z rodzicami jakiś program informacyjny i nagle na ekranie pojawiły się migawki z Berlina – niesamowita radość wielu ludzi, okrzyki, błyskające flesze aparatów, podekscytowany głos spikera relacjonującego niedawne wydarzenia. Czułam, że i mnie opanowuje wewnętrzna radość. Nie do końca rozumiałam jej przyczyny, ale instynktownie czułam, że stało się coś ważnego, istotnego nie tylko dla Niemców, ale i dla reszty świata. Zburzenie muru berlińskiego – dla mnie niezrozumiałego symbolu jakiejś fikcyjnej granicy, dzielącej jeden naród.

Pamiętam swoje zdziwienie: jak to, to teraz będą jedne Niemcy? Wcześniej niejednokrotnie zastanawiałam się, jak to jest możliwe, że jeden naród może się podzielić na dwie odrębne części – mimo jednej historii i tego samego języka. Choć mama usilnie się starała wytłumaczyć mi zawiłość historii Niemiec – ciężko mi było przyjąć to do wiadomości. No bo jak to tak: jedne marki mają większą wartość niż te drugie? I dlaczego wujek ciągle jeździ do NRD, a nie do RFN? Papierki od enerdowskich słodyczy miały takie smutne kolory, a słodycze były z tych czekoladopodobnych… Za to pocztówki i znaczki były o wiele ładniejsze. Mam je zresztą schowane w szufladzie do dziś. Podobnie jak lalkę, którą przywiózł mi wujek w prezencie właśnie z NRD – długie blond włosy, błękitne oczy, plastikowe buciki i dwie sukienki. Dałam jej na imię Marta. Na razie jest ukryta głęboko w szafie, kiedyś dostanie ją moja córkaJ. Wyjazdy wujka i przywożone stamtąd różne przedmioty miały dla mnie posmak egzotyki. Nawet jeśli były to przywożone w ilościach hurtowych rajstopy i halki. Z którejś ze swoich wypraw wujek przywiózł mi list – od parę lat starszej dziewczynki z Berlina o niemalże swojsko brzmiącym imieniu Jana. Ze zdjęcia uśmiechała się ładna blondynka. Wtedy jeszcze nie znałam języka niemieckiego. Uczyłam się rosyjskiego, a specjalistką od niemieckiego była babcia. Przetłumaczyła mi treść listu, pomogła napisać odpowiedź i tak zaczęła się nasza znajomość z Janą. Pisałyśmy o sprawach istotnych dla dziewczynek (polityka była gdzieś bardzo daleko w tle), wysyłałyśmy sobie pocztówki, zdjęcia, naklejki i różne dziwne rzeczy, których urodę potrafią dostrzec tylko dzieci. Po jakimś roku Jana przyjechała do Polski z mamą – odwiedzić naszą rodzinę. I jakież było ich zdziwienie, kiedy okazało się, że przywiezione w prezencie musztarda i cukier nie są już u nas towarem deficytowym. Co ciekawe, próbowałyśmy porozumiewać się po rosyjsku i całkiem nieźle nam to szło.

Pamiętam też sporą ilość enerdowskich marek, które dostałam od wujka ze słowami: „Teraz nie będą mi już potrzebne podczas wyjazdów. Możesz z nimi zrobić, co tylko zechcesz”. Bawiłyśmy się więc nimi z koleżankami w sklep. A całkiem niedawno wylądowały na aukcji; okazało się, że taka dźwięcząca pamiątka po dawnym systemie znalazła swoich amatorów. Z wieloma przedmiotami nie potrafiłam i nie chciałam się rozstać. Trzymam w komodzie różne gry, kredki, kolorowanki, trochę książek, a zakładkami do dziś zaznaczam przeczytane w nich stronice. Mam nawet wykroje ubrań i kilka par enerdowskich podkolanówek – a nuż się przydadzą… Na półce witryny, za szybą, stoi Piaskowy Dziadek, mechaniczna zabawka na klucz. Po nakręceniu zabawka chrzęści, drżą w niej jakieś tryby i sprężyny, Piaskowy Dziadek zaczyna swój spacer. Kolebiąc się z boku na bok, maszeruje przed siebie z żółtym workiem pełnym piasku (oczywiście zajrzałam tam wcześniej i jakież było moje rozczarowanie, kiedy okazało się, że worek zamiast piasku zawiera zwykłą watę). To prezent od Jany. Inne pamiątki to bajki do rzutnika i pluszowy miś.

Dziś rozumiem, dlaczego zbudowano mur berliński, skąd się wzięły dwa państwa i dlaczego runęła betonowa granica. Ale wtedy, w roku 1989, byłam tylko dzieckiem. Dzieckiem, które chciało, żeby na świecie był pokój, a Niemcy były jednym państwem.


Zobacz także:

« wróć na stronę listy informacji o wydarzeniach

Świetne teksty, przeczytałam z przyjemnością. Dziękuję!

dodał: Agnieszka, Czwartek, 22 lipca 2010 12:16

Dodaj komentarz





Najnowszy numer

Reklama

  • Ania Mieszała
  • promocja!
  • Hasbro
  • Nóż w palcu. Skaleczenie
  • Mała szansa
  • Wilkoń
  • Książki dla dzieci
  • Krystyna Romanowska
  • Konkurs
  • Król i morze