Nie dość dobrych wiadomości dla naszych czytelników: miałyśmy w rękach próbny wydruk letniego "Rymsa" :) Parę drobnych poprawek i nowy numer już się drukuje. Jest szansa, że będzie za tydzień, no może półtora tygodnia.
A dla bardzo niecierpliwych - zamieszczamy fragment rozmowy z holenderską pisarką Marjolijn Hof, autorką "Małej szansy", świetnej współczesnej prozy dla dzieci w wieku 10+. Wywiad przeprowadziła specjalnie dla "Rymsa" Krystyna Romanowska.
Najważniejsza jest empatia
Krystyna Romanowska: Po przeczytaniu Pani książki rozpłakałam się w głos. Choć końcowa scena wcale nie grała na emocjach, przeciwnie, była napisana oszczędnie, z taktem, jak zresztą cała książka, nie mogłam powstrzymać łez. Czy może mi Pani wytłumaczyć, co się ze mną stało?
Marjolijn Hof: Nie czuję się na siłach, żeby to wyjaśnić. Ale nie jest pani odosobniona w swoich uczuciach. Wielu czytelników "Małej szansy" (która została przetłumaczona na 20 języków) mówi mi o podobnej reakcji. Staram się pisać uczciwie, więc to dla mnie zaszczyt, że książka tak mocno zapada w pamięć.
KR: Skąd Pani pomysł na książkę?
MH: Oglądałam program telewizyjny, w którym holenderski wspinacz opowiadał o swoich planach zdobycia trudnego szczytu, o obawach i emocjach. Obok niego siedział ośmio- albo dziewięcioletni chłopiec i przysłuchiwał się słowom ojca. Pomyślałam, co może dziać się w głowie dziecka, które nie ma żadnego wpływu na sprawy rozgrywające się obok niego, a jednak bardzo go dotyczące. Pomyślałam o jego bezradności i o tym, jak sobie poradzi z rozstaniem. Po kilku dniach dowiedziałam się, że Holendrzy wysyłają swoje oddziały do Bośni. Żołnierze mają dzieci. Co te maluchy sobie myślą? Temat wydał mi się bardzo ważny.
KR: I powstała książka o dziesięcioletniej dziewczynce imieniem Kika, zmagającej się z rzeczywistością, w której jej tata, wojskowy lekarz, jedzie z niebezpieczną misją. Ojciec zostaje uznany za zaginionego. W tej książce niewiele się dzieje. Koncentrujemy się na emocjach dziecka, które również nie są zbyt mocno eksponowane. A jednak czujemy dramatyzm sytuacji. Nie boję się nazwać genialnym sposobu, w jaki prezentuje Pani uczucia dziesięciolatki. Odnalazłam w nich siebie sprzed 30 lat. Tyle że ja o tych uczuciach zapomniałam. A Pani je pamięta. Jak to się robi?
MH: Może mam dobrą pamięć? (śmiech). A poważnie: nie zapomniałam przez wiele lat uczuć, które jako dziecku towarzyszyły mi w sytuacjach braku wpływu na bieg wydarzeń. Musiałam to wtedy po prostu zaakceptować. Takie fakty jak rozwód rodziców, zmiana miejsca zamieszkania. Świetnie je pamiętam. Druga ważna dla mojej twórczości sprawa to duża doza empatii. O kimkolwiek piszę, uważam, że powinnam wejść w jego buty, poczuć, jak to jest być w jego skórze. Utożsamiam się z tą osobą i wiem, jaki będzie bieg wydarzeń, bo on ma swoją logikę. Kiedy pisałam książkę dla trzylatków o krowie i ptaku, byłam i krową, i ptakiem. Może inni pisarze chcą pisać „o dzieciach”. Ja staram się „być dzieckiem” na tyle mocno, na ile mi się udaje.(...)
Ciąg dalszy w nowym "Rymsie"...
Zobacz także: