Książki i obrazy zapamiętane - oto nagrody

Czwartek, 6 października 2011

Zebrało się Wam i nam na wspomnienia o książkach i obrazach zapamiętanych z dzieciństwa. Książkami "Dym" nagradzamy w konkursie panie: Wiolettę Rosińską-Kanię, Magdalenę Janczak, Katarzynę Gawron-Miękisiak i Kamilę Pawęzkę.

Gratulujemy i polecamy nagrodzone teksty:

***

Na okładce leśniczówka zasypana puchowym białym śniegiem, stojąca wśród sosen wysokich. Niby nic szczególnego, a mimo to tyle ciepłych wspomnień z tą książką. "Moja babcia czarownica" Jana Edwarda Kucharskiego to jedno z moich najpiękniejszych wspomnień zimowych i nie tylko zimowych wieczorów.

Mamy w niej tatę leśniczego, mamę bibliotekarkę, dwoje chodzących do szkoły dzieci: Anię i Michała oraz babcię, kochaną babcię CZARODZIEJKĘ. To nie jest czarownica z bajki, to nie jest babcia wróżka. To babcia z krwi i kości, która gdy zmierzch zapada i przychodzi szara godzina, kiedy drogi zasypie śnieg, gdy nie ma kontaktu ze światem i nawet do szkoły nie ma jak dojechać, siada przy kominie i opowiada tak pięknie o wilkach i wilczycy, o tym, skąd się wzięły wróble i dlaczego dziewanna jest żółta, o drzewach z kulami w środku, o biegunie południowym... że wydaje się czarować rzeczywistość.

Gdy myślałam o tej książce, ogarniała mnie zawsze tęsknota i uczucie, że chciałabym, by taki był mój dom. Porywało mnie tu wszystko: miłość między domownikami, ciepło kominka, to, że belki drewnianego domu trzeszczały i skrzypiały dając znak, że cały dom żyje. Nawet zwykłe domowe zajęcia: odśnieżanie, wożenie siana zwierzętom w lesie, przebieranie kolorowych fasolek wydawały mi się niezwykłe.

Kochani, jak cudowny jest świat wyobraźni i słowa pisanego, który popycha Cię do tego, że chcesz, by Twoje życie było zwykłe, acz ciepłe i rodzinne.

Na pewno nie raz przeczytam tę książkę swoim dzieciom i mam cichą nadzieję, że po latach z takim samym sentymentem będą myśleć  o babci czarownicy.

Pięknie opowiedziana historia, wzruszająca i magiczna. Moje ciepłe dziecięce wspomnienie.

Wioletta Rosińska-Kania

***

Kiedy sięgam pamięcią do swojego dzieciństwa, na myśl przychodzi mi stare, podniszczone wydanie "Baśni" Andersena. Grzbiet sklejony był taśmą klejącą, a kartki pożółkłe. Mama zdejmowała "Baśnie" z półki, aby poczytać mi i moim siostrom o "Dziewczynce z zapałkami" lub "Latającym kufrze". Po latach, kiedy odnalazłam tę książkę na strychu przeczytałam, że autorem intrygujących ilustracji był Jan Marcin Szancer. Odkurzyłam ją, posklejałam na nowo i włożyłam do pudła z rodzinnymi pamiątkami.

Kiedy byłam już nieco starsza, pani bibliotekarka poleciła mi ogromne, dwutomowe wydanie "Opowieści z Narnii", wydane w 1991 roku przez wydawnictwo PAX. Tomy - grube, w twardej oprawie musiałam podczas czytania trzymać na stole, ponieważ nie mogłam ich utrzymać w rękach. Od czasu, kiedy po raz pierwszy czytałam i odkrywałam tę wspaniała historię, już na zawsze w mojej pamięci pozostały małe, czarno-białe obrazki, przedstawiające: ośnieżoną latarnię, fauna idącego pod rękę z małą Łucją, roześmiane dziewczęta otaczające kwietnym wiankiem lwa Aslana, a nade wszystko Taneczne Uroczysko. Nie wiem dlaczego akurat ono utknęło mi tak głęboko w pamięci, że ilekroć przypadkiem beskidzkie wędrówki lub grzybobranie zawiodą mnie na leśną polanę, wyobrażam sobie, że po zmroku przy rozpalonym ognisku tańczą na niej fauny razem z driadami. Gdy zamknę oczy słyszę nawet muzykę drewnianych piszczałek... Ilustracje do tego wydania stworzyła Maria Irzyk na podstawie rysunków Pauline Baynes.

"Narnia" zawsze będzie kojarzyła mi się z zapachem obiadu w niedzielne popołudnie, z siostrą, która przynosiła mi opasłe tomy do kolejnego przeczytania, gdy leżałam w chorobie. Ale nade wszystko Narnia to zawsze będzie Taneczne Uroczysko, oświetlone blaskiem ognia i księżyca.

W późniejszym czasie takie wrażenie zrobił na mnie chyba tylko wygrzebany na bibliotecznych półkach  tomik poezji Pawła Bartłomieja Greca. Zwróciłam go do biblioteki i na długi czas zapomniałam. Ale po pewnym czasie fascynacja powróciła i myśl o tych wierszach i ilustracjach nie dawała spokoju. Wróciłam do biblioteki, ale tomiku już nie odnalazłam. Szukałam, nie mogąc sobie przypomnieć nawet nazwiska poety. W końcu natrafiłam na tomik, zupełnie przypadkowo. Autorem pięknych, zapadających w pamięć obrazów jest Dariusz Twardoch. Przedstawiają one magiczny świat kukiełkowych ludzików.

Pomimo nawału plastikowych, disnejowskich postaci, pomimo nowoczesnych technik, piękna ilustracja oraz piękna książka nie zginą. Czasem warto zagrzebać na strychu stare książki, aby zachwycały się nimi kolejne pokolenia, o co w dobie Disneya i lalki Barbie coraz trudniej.

Magdalena Janczak

***

Nie mogłam się wpasować w zastaną rzeczywistość. W przedszkolu podczas leżakowania marzyłam o wielkiej powodzi, zalewającej  śmierdzącą spalonym mlekiem salę, podczas kiedy ja odpływam w dal w szafie bibliotecznej, wiosłując zawzięcie łopatką.

Swój wolny czas spędzałam samotnie.

Niestety nie w romantycznym starym zamku, tylko na rozległym osiedlu, bez drzew, za to pełnym pobudowlanych śmieci. Huśtając się we wnętrzach betonowych kręgów, pozostawionych po budowie osiedlowej kanalizacji marzyłam o zacisznych zakamarkach, pachnących kwiatach i krystalicznych stawach w mrocznym lesie.

Wyobrażałam sobie wycieczkę nad morski brzeg, sok malinowy w butelce, okrągłe białe kamyki, którymi wyłożone były ścieżki, czyste, idealne, spokojne miejsca. Dolinę Muminków. Ekstrawaganckie indywidua zamieszkujące Dolinę wydawały mi się bardziej realne niż dzieciaki z podwórka, gęste rododendrony za domem Muminków zachęcały do tajemniczych zniknięć, i prawie czułam morską bryzę na twarzy żeglując z Fredrikssonem. Żal i rozczarowanie prymitywną codziennością sprawiały, że tylko w Dolinie Muminków czułam się swobodnie i bezpiecznie.

Mimo usilnych starań, nie potrafię przypomnieć sobie, kiedy pierwszy raz zobaczyłam animację opowieści z Doliny Muminków. Byłam oczarowana. Czułam się w domu. Doskonale dopełniło to moje wyobrażenia literackie. Ten mrok, panujący w wielu scenach, złowieszcze pomruki i wpatrujące się zza drzew jasne oczy istotek leśnych. Nareszcie wszystko wyglądało tak, jak powinno, ażurowe pejzaże, chmury z animowanej waty, deszcz z  choinkowych „anielskich włosów” upewniały mnie, że gdzieś jest świat, w którym nie będę czuła się jak jedyne przebrane dziecko na balu.

Katarzyna Gawron-Miękisiak

***

Dzięki czasom, w których brało się, co rzucili na sklepowe półki, a przede wszystkim dzięki Rodzicom, którzy widzieli sens stania w kolejkach również do takiego asortymentu, stałam się właścicielką pokaźnego i różnorodnego zbioru książek. Z biegiem lat został on wprawdzie nadwątlony przez wędrówki po rodzinie, ale wraz z pojawieniem się na świecie córeczki powoli go odbudowuję i wzbogacam o nowe wspaniałe egzemplarze.

Przyznam szczerze, że mało pamiętam treści, natomiast obrazy są do dziś żywe w mojej głowie, ale dopiero przeglądając wyprzedaże na portalach aukcyjnych oraz świeżo ukazujące się pozycje, przyporządkowuję to echo dzieciństwa do konkretnych nazwisk i tytułów.

Dlatego napotkawszy informacje o "Opowieści" Joanny Papuzińskiej z ilustracjami artysty o trudnym nazwisku: Stasysa Eidrigevičiusa czym prędzej rzuciłam się do swojego panieńskiego księgozbioru, by odnaleźć w nim trzy perełki: "O Jasiu śpiochu i zgubionym czasie" Wojciecha Próchniewicza, "Serce dzwonu" Marii Kruger oraz "Księżycowe sny" Aliny Afanasjew - każda z ilustracjami Eidrigevičiusa właśnie. Pamiętam moją fascynację ukazanym na nich światem. Może dlatego do dziś tak bardzo lubię wszelkie baśnie i legendy, już niekoniecznie bogato ilustrowane, choć ta część książki jest dla mnie nadal ważna lecz może bardziej w trosce o rozwój mojego dziecka, ale nie bez przyjemności dla mnie samej.

Widząc, jak niespełna dwulatka chętnie sięga po "Szalony zegar" Agnieszki Taborskiej z ilustracjami Antoniego Boratyńskiego, na których bez problemu rozpoznaje kota, świnkę czy królewnę (czego nie można powiedzieć o kolorowych zwierzętach w pewnym tomiku polskich wierszy z obrazkami zagranicznej produkcji) wierzę, że również jej wrażliwość kształtuje się w tym momencie. A przeglądając pliki z grafiką dotyczącą tego ilustratora przypominam sobie o dwóch innych tytułach, które miałam sama tj. "W głębi snów" Jerzego Kiersta i "Twierdzy Surami" Marii Górskiej i automatycznie przed oczami pojawiają się intrygujące mnie obrazki z przeszłości, które wówczas wydawały mi się z kolei jakąś wizją przyszłości.

Miałam też szczęście mieć styczność z pracami Józefa Wilkonia za pośrednictwem "Pana Tip-Topa" Zbigniewa Żakiewicza i myślę, że fakt, że jestem spostrzegawczym obserwatorem i osobą uważną na drugiego człowieka ma swoje korzenie właśnie w tamtym dziecięcym śledzeniu obrazów, które wprawdzie powstały w innej głowie, ale przelane na papier zamieszkały w moich myślach, marzeniach i pewnie snach :)

Tych wspomnień jest wiele i będą się pewnie budzić z uśpienia gdzieś w tyle głowy przez następną dekadę a może i dłużej.

Można by wysnuć wniosek, iż moja biblioteczka obfitowała głównie w takie mroczne klimaty, a tak nie było. Tą drugą część zostawmy jednak na inną opowieść, a na koniec dla zaprzeczenia tezy, że tamte czasy były szare, przypomnę wściekle kolorową tekturową rozkładankę z wierszem Juliana Tuwima "Stół" zilustrowaną przez Edwarda Lutczyna. Ależ się ucieszyłam, kiedy wróciła do mnie z wieloletniego wypożyczenia przez młodsze pokolenie. Pamiętam do dzisiaj swoją radość z jej otrzymania i wielokrotnego oglądania we wszystkie strony :)

Kamila Pawęzka


Zobacz także:

« wróć na stronę listy informacji o wydarzeniach

Dodaj komentarz





Najnowszy numer


ZAMÓW NEWSLETTER


Reklama

  • O małym krecie - Wolf Erlbruch
  • prywatnik
  • o psie który szukał
  • psie życie
  • Ryms na Facebook
  • Gwarancja kultury dla Marty Lipczyńskiej
  • Książki dla dzieci
  • Spacer
  • prywatnik
  • ryms laureatem konkursu papierowy ekran
  • rzecz o tym, jak paw wpadł w staw - Wilkoń - Wolny-Hamkało
  • 2-targi-ksiazki-dla-dzieci