Ostatnio dodane

Spotkanie z Józefem Wilkoniem w MKD

Poniedziałek, 14 października 2019

Koziołek Matołek dla "Wiłki, smoczej dziewczynki"

Poniedziałek, 7 października 2019

Nagrody 6. MFF Kino Dzieci rozdane!

Piątek, 4 października 2019

Kto zwierza się kotu, czyli wernisaż wystawy "Poznaj autora"

Czwartek, 3 października 2019

Noc Bibliotek już 5 października!

Czwartek, 3 października 2019

 

Ostatnio komentowane

Kim chcielibyście być - marzymy w majówkę

Piątek, 29 kwietnia 2016

Z "Rymsem" w 2016 :)

Czwartek, 31 grudnia 2015

Ptaszki, ptaki i ptaszory - konkurs plastyczny

Czwartek, 7 stycznia 2016

Święta, idą święta...

Wtorek, 22 grudnia 2015

Nagrody i wyróżnienia w konkursie "Trzy/mam/książki"

Poniedziałek, 7 grudnia 2015

Książki mojego dzieciństwa - cz. 5

Środa, 17 sierpnia 2011

W naszym wakacyjnym cyklu proponujemy powrócić wspomnieniami do książek dzieciństwa. O swoich ukochanych, szczególnych z różnych względów lekturach opowiadają zaproszeni przez nas goście i „Rymsowe” redaktorki:)

W piątej odsłonie - pisarz Piotr Rowicki i jego powroty do dziecięcych tytułów.

Książki z dreszczykiem

Wydawało się, że to nic prostszego, przypomnieć sobie dziecięce lektury. Tyle, że jak zaczynam kluczyć w zaułkach pamięci, zaczynam dochodzić do wniosku, że nie jestem pewien, co czytałem dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat temu. Chyba powinienem powiedzieć: wszystko, a raczej wszystko, co wpadło mi w ręce. Próbuję przypomnieć sobie jakieś perły, jakieś wstrząsy, oczarowania, zachwyty???

Gdzieś w połowie lat osiemdziesiątych dostałem, chyba na Dzień Dziecka, komiks. Nigdy nie wpadłbym, że książka może się tak nazywać? I co to znaczy? Nie wiem do dziś. Komiks odnalazłem niedawno w jakichś szpargałach. Sfatygowany, zabazgrany, utłuszczony, (kto to zrobił???!!!), bez stron 19-42, ale ten sam. „Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa". Autor Tadeusz Baranowski. Wstrząsająca dawka abstrakcyjnego i absurdalnego humoru. Cytat pierwszy z brzegu, mówi słoń: "Rozmyślam nad tym, jak to jest, że o ile mogę zasłonić ten oto fortepian, o tyle sam siebie w żaden sposób nie mogę zafortepianić".

Jeśli chodzi o czytanie dłuższych form, to u mnie odbywało się to fazami. Faza mogła być tematyczna, np. indiańska albo autorska, wówczas czytałem wszystko co się da, ale tylko jednego autora. Fazy zachodziły na siebie, mijały się, powracały. Długo byłem w fazie Bahdaja, „Do przerwy 0:1” stawiam wśród innych dzieł tego autora na pierwszym miejscu, chociaż czasami o krok od zwycięstwa była „Podróż za jeden uśmiech”. Potem na lata wsiąkłem w fazę Nienackiego. Pamiętam, w któreś wakacje niesamowite wrażenie zrobiło na mnie dzieło pt. "Pan Samochodzik i Tajemnica Tajemnic". Praga, stare ikony, Różokrzyżowcy, zagadki, detektyw, harcerze i jeszcze do tego Bieszczady. Co za zestaw! Zapominałem o oddychaniu. I jeszcze te zapowiedzi rozdziałów, skrót tego, co będzie się działo. Dreszcz niepokoju i chęć natychmiastowego przekręcenia kolejnej kartki. Nienacki umiał dozować napięcie. I te zagadki, całe stada!

O wysokie miejsce na liście autorów ścierali się Edmund Niziurski i zapomniana dziś Hanna Ożogowska. Niziurski przegrał tę rywalizację, a to z tego powodu, że większość jego książek działa się w szkole. A przecież książki powinny się dziać w miłych, sympatycznych miejscach. Z Ożogowskiej najbardziej utkwiły mi „Dziewczyna i chłopak, czyli heca na 14 fajerek”, „Głowa na tranzystorach” i best of the best „Tajemnica zielonej pieczęci”. W ogóle lubiłem książki, które miały w sobie tajemnicę, jeśli nie w treści, to przynajmniej w tytule. Z tego powodu wpadłem w fazę kryminalno-zagadkową, wymienię tu na przykład „Zielone, czyli wakacje w Dłusku”, „Gdzie jest zegar mistrza Kukułki?”, „Na tropie Damiana”.

Będąc w fazie szwedzkiej, połknąłem "Dzieci z Bullerbyn". Niestety, w owym czasie w mojej okolicy innych utworów Astrid Lindgren nie było, a może były, ale nie miałem szczęścia na nie trafić. Trafiłem za to na jeszcze jednego autora rodem ze Szwecji, nazywał się Max Lundgren, a książka „Chłopiec w złotych spodniach”. Nie kojarzę dokładnie treści, ale pamiętam o co chodziło ze spodniami. Złote spodnie rozmnażały monety. Do dziś sprawdzam kieszenie, ale trafiają mi się zwykłe, niemagiczne.

Od czasu do czasu wpadała mi do rąk książka zupełnie przypadkowa i bywało tak, że to był strzał w dziesiątkę, np. "Dzika Mrówka i tajemnica U-2002", pamiętam, że bardzo mi się podobała. Obiecałem sobie, że przeczytam resztę przygód Marka, ale zapomniałem.

Na koniec muszę przyznać się do czegoś dziwnego, nie wiem właściwie, czy nie powinien zainteresować się tym jakiś lekarz. Czytam te same książki po kilka razy i w ogóle mi nie przeszkadza, że wiem jakie będzie zakończenie, środek i początek. Pod tym względem jestem zupełnie jak inżynier Mamoń.

Piotr Rowicki


Galeria zdjęć:


Zobacz także:

« wróć na stronę listy informacji o wydarzeniach

Dodaj komentarz





Najnowszy numer


ZAMÓW NEWSLETTER


Reklama

  • Gwarancja kultury dla Marty Lipczyńskiej
  • 12 miesięcy
  • Lato Adeli
  • Żółwik
  • czaple
  • Ryms na Facebook
  • Ze zwierzyną pod pierzyną
  • Wróble na kuble
  • OKO
  • ryms w empikach
  • Arctic
  • IBBY Ryms upowszechnianie czytelnictwa