Starożytni filozofowie na różne sposoby próbowali przekonać ludzi, że nie należy bać się śmierci. Sokrates tłumaczył, że lęk przed śmiercią jest niedorzeczny, ponieważ dusza ludzka jest nieśmiertelna: umiera tylko ciało, dusza zaś – czyli właściwy człowiek – pozostaje nietykalna. Nie ma się więc czego obawiać. Z kolei Epikur tłumaczył, że lęk przed śmiercią jest niedorzeczny właśnie dlatego, że dusza ludzka jest śmiertelna: kiedy my jesteśmy, śmierci nie ma, a kiedy nadchodzi śmierć, nie ma już nas. Nie ma się więc czego obawiać. Opierając się na tych i innych rozumowaniach, przez wieki uczono, że prawdziwy mędrzec śmierci się nie boi. Tę myśl wspierała także doktryna chrześcijańska, według której ten świat jest tylko przedsionkiem prawdziwego życia, a śmierć – przejściem do wieczności.
Co jakiś czas słychać było jednak inne głosy, które nasiliły się zwłaszcza w XX wieku. Te „egzystencjalistyczne” głosy przekonywały, że niedorzeczna jest raczej myśl, by wyperswadować człowiekowi lęk przed śmiercią. Człowiek nieuchronnie odczuwa trwogę w obliczu zbliżającego się końca, trwogę, której nie powinien się wyrzekać, ponieważ dopiero ona czyni go pełną, świadomą siebie jednostką. Zanurzeni w codziennej krzątaninie, podążający w swoich wyborach za tłumem, zapatrzeni w jakąś abstrakcyjną teorię czy kolektywną sprawę, staramy się zapomnieć o tym, jak bardzo jesteśmy odrębni i osamotnieni. A śmierć nam o tym przypomina. Niechęć do stawienia czoła naszej śmiertelności w całej jej grozie świadczy w istocie o tym, że umykamy przed sobą.
Oba te przeciwstawne sposoby myślenia – ten, który każe nam wyleczyć się z lęku przed śmiercią, i ten, który każe nam stawiać jej czoło w drżeniu i trwodze – łączy spora dawka heroicznego patosu. A co, jeśli spróbujemy mówić o śmierci mniej patetycznie, a bardziej melancholijnie? Jeśli spróbujemy pokazać ją jako coś smutnego, ale nieuchronnego – nieuchronnego, a jednak smutnego? I, co więcej, jeśli spróbujemy opowiedzieć o niej w ten sposób tym, którzy o śmierci niewiele jeszcze słyszeli, lecz którzy przecież, ku naszemu nieustającemu zaskoczeniu, tak dobrze różne sprawy rozumieją – dzieciom?
Taką próbę podejmuje Wolf Erlbruch w znakomitej książce "Gęś, śmierć i tulipan". Za pomocą niezwykle pięknych, sugestywnych ilustracji i oszczędnego, mądrego tekstu Erlbruch opowiada historię czegoś w rodzaju osobliwej przyjaźni między gęsią a śmiercią, a przy okazji snuje nienachalny wywód o przemijaniu i śmiertelności. Wywód niepozbawiony humoru, który – jeśli można tak powiedzieć – jest nie tyle czarny, ile szarobury, jesienny. Erlbruch nie próbuje nikogo uwolnić od lęku przed śmiercią. Nie namawia też nikogo, by – niczym tragiczny bohater – mierzył się ze śmiercią dumnie, z podniesionym czołem. Spokojnie, krok po kroku, stara się swojego czytelnika ze śmiercią oswoić: bez względu na to, ile ma lat. Nie chce mu jednak niczego obiecywać.
Książka w zaskakujący, mistrzowski sposób łączy szczególną bezwzględność i niechęć do złudzeń z ujmującą, melancholijną łagodnością. Gęś musi umrzeć, a jej pytania o to, co dzieje się potem, pozostaną bez odpowiedzi. Śmierć nie jest tu jednak okrutną, budzącą grozę kostuchą, która wymachuje ostrym narzędziem. Sprawia raczej wrażenie niezbyt wesołej starej panny z za dużą głową (pardon, czaszką), w kraciastym łachu i rozklapcianych butach. Kiedy jest jej zimno, a gęś stara się ją ogrzać własnym ciałem, śmierć dziwi się temu gestowi czułości jak ktoś bardzo samotny. Kiedy gęś umiera, śmierć kładzie jej zwłoki na wodzie i patrzy, jak ciało odpływa w dół rzeki – a wówczas jest jej „prawie smutno”.
To nie ona zresztą wykańcza biednego ptaka. Jak sama mówi, o „wypadek”, który położy kres gęsiej egzystencji, zadba życie. To życie jest takie, że gęsi – i nie tylko one – muszą umrzeć. Sama śmierć – w wersji Erlbrucha – to ktoś w rodzaju naszego cichego towarzysza (jest z gęsią od urodzenia, „tak na wszelki wypadek”), który gdy przychodzi czas, bez uchybień i (prawie) beznamiętnie wypełnia swoją funkcję profesjonalnego likwidatora tego niewielkiego przedsięwzięcia, jakim jest nasza egzystencja. Interes przynosi zyski lub straty, prędzej czy później trzeba go jednak zwinąć. Ale na ciałku martwego ptaka śmierć kładzie tytułowy tulipan: na pożegnanie, a może na znak, że – jeśli nikt inny – to przynajmniej ona dostrzegła odejście gęsi. Choć nieuchronnie umieramy i nie zostaje po nas wiele więcej niż po chudej gęsi, byliśmy tutaj, trochę poistnieliśmy – i to już wystarczy, by ktoś patrzył, jak odpływamy w dół rzeki.
Adam Lipszyc, filozof i tata Idy (lat 5,5)