"The Treehorn Trilogy"
Florence Parry Heide
ilustr. Edward Gorey
Wydawnictwo Harry N. Abrams, 2006
„Hilarious!” (bardzo śmieszne, komiczne) – głosi wewnętrzna okładka "Trylogii o Treehornie" autorstwa Florence Parry Heide w wydaniu angielskim. Komiczne dla tych z dystansem do siebie, magiczne dla tych, co jeszcze mieszczą się pod stołem, a kubeł zimnej wody dla tych, co martwią się, że firanki na święta jeszcze niewyprane.
Treehorn to dziecko zagadka. Stoi to wymalowane na pierwszej stronie, gapi się i nic nie mówi. Czasem wybełkocze, że kupon z pudełka po płatkach śniadaniowych trzeba wyciąć i że się niby kurczy. Rzucam książkę na nocny stolik z cacankową obiecanką, że niebawem do niego wrócę. Uczelnia, zakupy, telewizja, nowy kapelusz, sprzątanie lodówki, a Treehorn patrzy się i nadal mówi mało, głównie o dolarach rosnących na drzewach i nowych komiksach. Przytakuję mechanicznie, bo poranna wizyta u lekarza, bo cieknący zlew, praca na wczoraj, wybór tapety do salonu. Tydzień później Treehorn ciągnie mnie za rękaw i pokazuje brudny dzbanek - dom Dżina. O jaki piękny dzbanek - wykrzykuję bez przekonania, zastanawiając się nad ciastem na odwiedziny nielubianej ciotki i łatą na dziurę w budżecie. Nie mam czasu na Treehornowe fanaberie. Nie dziś, nie teraz. Jutro, może. Odwracam się na pięcie do moich pilniejszych spraw.
Po trzech tygodniach ścieram rękawem kurz z zielonej okładki. Dzisiejszy wieczór jest dla Ciebie Treehornie, cieszysz się? A Treehorn, jak zwykle, stoi w milczeniu i przeszywa mnie na wylot małymi oczkami z wysokości swych metra dziesięciu. Jest mi trochę nieprzyjemnie, ale czytam dalej. Oszczędne czarno-białe rysunki Edwarda Gorey’a dopełniają diagnozy. Dorosłam. Jak rodzice Treehorna i wszyscy inni dorośli, powtarzam wciąż „tak, tak”, „o, jakie ładne” i „nie przeszkadzaj teraz, idź zająć się czymś pożytecznym”. Usprawiedliwiam się chronicznym brakiem czasu, a tak naprawdę choruję na ślepotę. Sięgam wzrokiem nie dalej niż zakup kartofli na jutrzejszy obiad. To co istotne, magiczne, nietuzinkowe przepada w ślepej plamce codzienności. Jak Treehorn w pierwszej historii, tak i ja kurczę się teraz na sofie. Nie za sprawą tajemniczej gry planszowej, ale ze zwyczajnego wstydu. A Treehorn stoi tylko i patrzy, by na koniec zjeść kawałek urodzinowego tortu, jakby triumfalnego.
Gwoli wyjaśnienia. Trylogia to brzmi dumnie, ale też jak długie godziny przy skomplikowanych opisach, armia dygresji i format nieporęczny, co się nie mieści w torebce. "The Treehorn Trilogy" to trylogia w stylu mikro. Gabarytami bliższa jest Mikołajkowi niż dziełu Tolkiena. Trzy historie zmarłej w tym roku amerykańskiej pisarki i pełnoetatowej matki Florence Heide zebrane w jedną przyjemnie kwadratową całość, dopełnione ilustracjami klasyka amerykańskiej ilustracji Edwarda Gorey'a. Nie znajdziecie w niej epickiej wojny światów, magów z kapeluszem pełnym mądrości ani księżniczek na szczycie wieży. Zapewniam jednak małego chłopca z kieszeniami pełnymi komiksów: są tu marzenia prawdziwsze niż rzeczywistość i fantastyczna lekcja rysunku.
Kasia Warpas
link