"Opium w rosole"
Małgorzata Musierowicz
Wydawnictwo Akapit Press, 2011 (kolejne wydanie)
Podczas kolejnej przeprowadzki nagle poczułam ogromną potrzebę przeczytania czegoś. CZE-GOŚ.
Czegoś, co nie będzie gazetką promocyjną z supermarketu. Ani historyczną ramotą do podpierania drzwi. Zebrałam, więc wszystkie pozostałe jeszcze we mnie siły i natarłam z mocą perszerona na podwójny materac spoczywający ciężko na kartonach pełnych smakowitych literackich kąsków.
Ani drgnął.
Poszłam zatem po rozum do głowy, w myśl zasady: jak nie możesz czegoś przesunąć, po prostu to obejdź, i ryzykując wiele wsunęłam ramię w ciemną otchłań zionącą zza materaca. - Oby się opłaciło - wysapałam cała spocona, kiedy końcówki palców chwyciły jakiś zszargany książkowy grzbiet. Z zakurzonej jamy wyłowiłam umęczoną życiem i upapraną żywnością książkę Małgorzaty Musierowicz „Opium w rosole”.
- Ach jooooo… - westchnęłam jak mały sąsiad zza południowej granicy - pamiętam cię… - i czule pogładziłam poplamione kartki. Świetnie pamiętam, że jako nastolatka zatapiałam się w błyskotliwych historyjkach, od których aż kipiała ta opowieść, jak rozbawiał mnie subtelny dowcip zgrabnie prowadzonych dialogów, a opisy Poznania skusiły nawet do wybrania wyższej uczelni w tym właśnie mieście… Nie miałam wówczas jednak bladego pojęcia, że ciepłe i proste życie, jakie wiedli bohaterowie powieści niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Perypetie bohaterów tylko z pozoru wydają się skomplikowane, problemy poważne i trudne do rozwikłania, a codzienne życie pełne potknięć i niemiłych wypadków.
Wije się jak robiony na drutach szalik ta poznańska opowieść, a bohaterowie są dla siebie wyrozumiali, cierpliwi, nie przeklinają, no najwyżej jakieś „psiakrew”, nie dłubią w nosie i uważnie się nawzajem słuchają. Piją herbatę. Jedzą lokalne poznańskie artykuły żywnościowe. A jeśli akurat mieli niefart wylądować, jako bohaterowie negatywni, to również ich podłości są raczej szare niż piekielnie czarne, a zło właściwie nie jest takie znowu złe…
Świat w książce jest trochę jak dekoracje, albo jak telenowela w dobrym czasie antenowym - nikogo nie razi, siąpi powoli, ale też i nie fantazjuje. Tutaj dzieci gubią się, ale zaraz odnajdują, kłopoty same znajdują swoje rozwiązanie, nikt nikogo nie skrzywdzi na amen, tylko tak jakby troszkę. Tutaj głodnego nakarmią, samotnego przytulą, a w kuchni zawsze jest gorąca zupa.
Trutu-tutu.
No i co z tego, że to wszystko takie malowane, pastelowe i pluszowe, nieprawdziwe i uładzone?
Jeśli chcę prawdy to wyjrzę sobie przez okno, a na razie jestem na 138 stronie cudownej, magicznej książki i wciąż bardzo, ale to bardzo mi się podoba!
A później pójdę do kuchni wstawić rosół.
Kasia Gawron - wyróżnienie w konkursie na recenzję książki dla dzieci/młodzieży - edycja listopad'2011
link
Zobacz także: