"Nieznane przygody Mikołajka"
Rene Goscinny
ilustr. Jean-Jacques Sempe
przeł. Barbara Grzegorzewska
Wydawnictwo Znak, 2009
"Nieznane przygody Mikołajka" to nie lada gratka dla wielbicieli całej serii przygód chyba najpopularniejszego małego łobuziaka w literaturze. Raz, że tom otwiera pierwsze opublikowane opowiadanie o Mikołajku, od którego wszystko się zaczęło, dwa - że są tu nieznane wcześniej historyjki znalezione w archiwach Goscinny'ego, trzy - że akwarelowe ilustracje specjalnie do tego wydania przygotował jak zawsze znakomity Sempe. Pierwsze opowiadanie o Mikołajku "Jajko wielkanocne" ukazało się 50 lat temu na łamach "Sud-Quest Dimanche". Oczywiście zilustrowane czarno-białą, charakterystyczną kreską Sempego.
Nie będę streszczać opowiadań z ostatniego tomu, bo je po prostu trzeba przeczytać. Najlepiej wspólnie, rodzinnie, a potem jeszcze samemu wprawić się w dobry humor na przykład przed snem.
(E.S.)
Mikołajkowy produkt marketingowy
Mikołajek, bohater stworzony przez duet Goscinny i Sempé, skończył w tym roku 50 lat. I trzeba przyznać, że śmiało sobie poczyna, jak na swój sędziwy przecież wiek. Można by wręcz rzec, że przeżywa drugą młodość. Lada dzień w kinach pojawi się poświęcony mu pełnometrażowy film, a od kilku tygodni w księgarniach króluje książka zawierająca jego przygody, nieznane dotąd szerszemu gronu czytelników.
W skład książki wchodzi dziesięć opowiadań. Poza jednym z nich, które było już publikowane w prasie, są to teksty premierowe w tym sensie, że po raz pierwszy oglądają one światło dzienne trafiając do rąk czytelników. Wyciągnięte z prywatnego archiwum Rene Goscinnego przez jego córkę, zostały wzbogacone akwarelowymi ilustracjami Jean-Jacquesa Sempé przygotowanymi specjalnie na potrzeby tej książki.
Tym razem miłośnicy Mikołajka będą mieli okazję wybrać się wraz z ulubionym bohaterem do najprawdziwszego teatru i do nowego sklepu po zakupy. Nadarzy się też okazja, by poznać tajniki dżudo oraz obejrzeć relację sportową w telewizji. Razem z tatą Mikołajka rozśmieszymy do łez mamę Mikołajka, urządzając jej kawał z czerwonym balonem. Na własnej skórze przekonamy się, jak koledzy podśmiewają się pod nosem z naszego nowego swetra, a także dostaniemy szansę, by wygrać samochód w zorganizowanym przez czasopismo konkursie. A to nie wszystko…
Najbardziej zaskakujące jest to, jak ponadczasowe oraz uniwersalne są opowieści o Mikołajku i jego paczce. Mimo że dorastamy, a nasze spojrzenie na świat ulega zmianie, perypetie kilkuletniego francuskiego chłopca wciąż nas rozśmieszają, pozwalając spojrzeć z dystansem na otaczającą nas rzeczywistość. Ja sam zaobserwowałem, że sięgałem po Nieznane przygody Mikołajka z takimi samymi wypiekami na twarzy, jak przeszło dekadę temu, kiedy będąc uczniem podstawówki biegłem do szkolnej biblioteki wypożyczyć kolejne książki autorstwa Goscinnego i Sempé. Fenomen historyjek o Mikołajku tkwi w niezwykłym zmyśle obserwacji autorów, którzy będąc ludźmi dorosłymi potrafili znakomicie pokazać świat z perspektywy błyskotliwego kilkulatka. Mali czytelnicy widzą w Mikołajku rówieśnika, z którym mogą się utożsamiać, a z jego przygód czerpać niezmierzone pokłady radości. Dorośli zaś dzięki opowiadaniom Goscinnego mają szansę odnaleźć w sobie zagubioną gdzieś w głębi duszy iskrę dziecka. Cóż, jak widać Mikołajek łączy pokolenia.
Przy wszystkich miłych uczuciach związanych z lekturą „Nieznanych przygód Mikołajka”, nachodzi czytelnika smutna refleksja dotycząca faktu, iż z Mikołajka zrobiono zwykły produkt marketingowy. Mimo że książka liczy sobie prawie dwieście stron, samego czytania jest niewiele, a przynajmniej nie tyle na ile wskazywałaby liczba stron. Puste kartki pomiędzy kolejnymi opowiadaniami, te same ilustracje powtarzane wielokrotnie – to stosowane przez polskiego wydawcę zabiegi mające na celu zwiększenie objętości, a co za tym idzie i ceny publikacji. Uważam, iż książkę ze względu na niewielką liczbę tekstów, można było wydać w nieco skromniejszej formie. Radości czytania odbiorcom by to nie odebrało, a dzięki niższej cenie Mikołajek mógłby spotkać się z większym gronem mniej zamożnych fanów.
Nie zmienia to jednak faktu, że książkę polecam, bo ma ona w sobie jakąś magię, sporo optymizmu i bardzo dużo ciepła. Nie widać, by Mikołajek się zestarzał, a on sam udowadnia, że pięćdziesiąte urodziny to jedynie data w kalendarzu, bo to, czy jesteśmy młodzi zależy od naszej pogody ducha, a nie od określonej liczby lat.
PiOTR PiEńKOSZ, zwycięzca listopadowego konkursu "Rymsa" na recenzję książki dla dzieci
link