"Dym"
Antón Fortes
ilustr. Joanna Concejo
przeł. Beata Haniec
Wydawnictwo Tako, 2011
kolekcja OQO
Galeria zdjęć:
Holokaust odmalowany
Aby wiedzieć, trzeba sobie wyobrazić. Musimy spróbować wyobrazić sobie, czym było piekło Auschwitz latem 1944 r. Nie odwołujmy się do niewyobrażalnego. Nie brońmy się mówiąc, że zresztą – gdyż jest to prawdą – wyobrazić sobie tego wszystkiego nie jesteśmy i nigdy nie będziemy do końca w stanie. Ale musimy, musimy wyobrazić sobie tę jakże ciężką wyobrażalność.
Georges Didi-Huberman, "Obrazy mimo wszystko"
Doświadczenie zagłady bardzo często postrzegane bywa jako: niewyrażalne i niewyobrażalne (nie tylko przez ofiary i nie tylko przez świadków), jako graniczne, a tym samym nieprzekładalne na „język codzienności”. Ale właśnie poprzez swój ciężar, znaczenie i ryzyko jego zapomnienia d o m a g a s i ę w y o b r a ż a l n o ś c i i w e r b a l i za c j i.
Sposoby zapisu (odtworzenia) tego doświadczenia już dawno zaczęły wybiegać poza najbardziej oczywiste – literackie – formy reprezentacyjne. Reprezentacjom filmowym powstającym od zakończenia wojny (wypaczonym ideologicznym bagażem) zaczęły towarzyszyć inne formy wizualizacji cierpienia, np. komiks i picture-book (książka mówiąca obrazem) – przykładem tego: n a m a l o w a n y "Dym", Antona Fortesa i Joanny Concejo (wydany nakładem TAKO), pomyślany jako pierwsza część hiszpańskiej kolekcji: contextos, mówiącej o trudnych i najbardziej bolesnych momentach historii; serii mającej – zgodnie z zaleceniem wydawcy – pokazywać tragedie ludzkie bardzo dosłownie, nie ukrywając ich za metaforą i niedopowiedzeniem.
Na pierwszych stronach "Dymu" oglądamy sznur wagonów kolejowych ciągnący się aż po horyzont. Po jego lewej stronie: tłum ludzi z tobołami zmierzający w kierunku rampy; pomiędzy starcami, paniami w kapeluszach – dzieci. Po obróceniu kolejnej strony – pod ołówkiem Joanny Concejo – szary, anonimowy tłum staje się żywy; wyłaniają się sylwetki i twarze bohaterów dramatu rozgrywającego się (na razie) gdzieś w bliżej nieokreślonym miejscu. Równie dobrze może to być podparyskie (ówcześnie) Drancy jak i Łódź, Warszawa czy Budapeszt.
Światło razi mnie
Psy szczekają, wyją
W jednym rzędzie stoimy mama i ja
Tata – w innym.
Przydzielają nas do domu numer 48
Taty nie ma
Mamy drewniane piętrowe łóżka z siennikami
Śpimy przytuleni
Wciśnięci między innych ludzi.
Pozorowanemu pamiętnikowi obozowemu pisanemu przez anonimowego chłopca (z imienia poznajemy tylko cygańskiego przyjaciela głównego bohatera, Vadię) towarzyszą śpiące na pryczach ogolone kobiety i przebrani w obozowe pasiaki chłopcy. Pomiędzy stronami zakreślone kreską m.in. : maison, casa, dom, odwołujące się do – pierwszoosobowej – narracji kilkuletniego chłopca i nadające jednocześnie opowiadanej historii wymiar uniwersalny. Oglądamy chłopca tęskniącego za błękitnym pokoikiem, który musi „stać przez tyle godzin na zimnie i śniegu na apelu”, chłopca, który nigdy nie płacze „bo gdy taki jeden chłopiec płakał kiedyś w noc, to go zabrali i jego mama cały czas krzyczy. Ja nie chcę, żeby moja mama krzyczała – mówi”.
Joannie Concejo, ilustratorce (absolwentce poznańskiej ASP, mieszkającej od kilkunastu lat we Francji) zależało, aby jej ilustracje szły w parze z tekstem, ale jednocześnie, żeby „nie szły zbyt grzecznie”. I rzeczywiście, w "Dymie" ilustracje – zgodnie z zamysłem – kryją w sobie coś „niespodziewanego, niespokojnego, zachwycającego i jednocześnie destabilizującego nasze dotychczasowe przyzwyczajenia wizualne” (zob. Zorroblog, wywiad z autorką: 16 czerwca 2011). W wielu miejscach (niestety nie wszędzie) zestawienie tekstu i obrazu zaskakuje trafnością zamysłu. Np. kiedy leżącym pośród kartofli głowom chłopców o martwym, niewidzącym spojrzeniu – zwiastującym selekcję – towarzyszą słowa:
Pan dał nam ziemniaki,
Mówi, że jutro musi ukryć się w rynsztoku
Mają zabierać najsłabszych
(…)
Mamy chowają nas
Bo pan doktor jest niedobry
I chce nas zabrać do domu z kominem.
Wrażenie robią też kolejne obozowe numery przekreślane na czerwono, zestawione z nagimi ciałami rąk i głów: tęgie kobiece ciała, figury mężczyzn i młodych chłopców: 45211, 45212, 45214, 45220, 45221 … Przejmująco wizualizowane są ostatnie akty dziecięcego dramat, którego rozwiązanie następuje w ciemności i wyobraźni czytającego.
Niestety, po zamknięciu tonącego w szarości tomu, pozostaje uczucie niedosytu; o ile świadome uniwersalizowanie opowieści – poprzez nakreślanie ołówkiem nazwy europejskich miast i niedopowiedzenie miejsca i czasu rozgrywającego się dramatu (może to być Birkenau, ale równie dobrze: Treblinka, Sobibór czy Chełmno nad Nerem) – wydaje się słuszne, o tyle „ukrywanie” tożsamości ofiary zafałszowuje obraz obozowej rzeczywistości. Problem nabiera tym większego znaczenia, jeśli przypomnijmy sobie, że tożsamość ofiar obozów zagłady, wyparta została całkowicie z powojennego dyskursu. Oczywiście Zagłada n i e j e s t j e d y n i e p r o b l e m e m Ż y d ó w (jest bowiem – jak pisał Zygmunt Bauman – problemem naszej cywilizacji i naszej kultury) ale p o z o s t a j e w y ł ą c z n i e t r a g e d i ą Ż y d ó w, którzy jako jedyni zostali przeznaczeni do całkowitej i bezwarunkowej eksterminacji (Zygmunt Bauman, "Nowoczesność i Zagłada", Kraków 2009, s. 13). Autorzy chyba o tym zapomnieli.
Pozostaje także pytanie o to, do kogo kierowany jest "Dym"? Nie sięgnie po niego młodzież szkolna szukająca historii w podręcznikach i raczej niechętna książkom ilustrowanym; ani ośmioletnie dziecko, które nie zrozumie opowiadanej historii. Czy z tego wynika, że "Dym" trafia w czytelniczą próżnię? Bynajmniej. Czytany i odpowiednio skomentowany przez dojrzałych rodziców swojemu dorastającemu dziecku, może pełnić doskonale rolę, którą przewidzieli dla niego hiszpańscy wydawcy.
Paweł Jasnowski - student V roku Katedry Judaistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego (rocznik 1987), swoje zainteresowania badawcze koncentruje wokół historii społeczności żydowskiej przedwojennego Krakowa (ze szczególnym uwzględnieniem zjawisk asymilacji i akulturacji), w wolnym czasie zajmuje się krytyką literacką; publikuje w: "Nowych Książkach", "Rymsie" i "Popmodernie". Mieszka w Krakowie.
***
Wszystkie znajome osoby, które miały w rękach "Dym" przyznają, że lekturze tej książki towarzyszy wzruszenie. Nie ma przecież bardziej bolesnego tematu niż śmierć dziecka. Dlatego pierwszy odruch czytającego może być i taki: po co i dla kogo powstał "Dym"? Nie dla małych dzieci przecież. Z kolei młodzież bardziej czyta literaturę faktu niż ogląda książki obrazkowe. Może więc najbardziej dla nas, dorosłych, potrafiących oddzielić trudne emocje od przekazu będącego formą sztuki. A może po prostu dla wszystkich wrażliwych na słowo i obraz.
Najmocniej uderza w czytelnika pierwszoosobowa narracja i mały chłopiec w roli narratora. Lapidarność opowieści o życiu w obozie zagłady. Naiwność małego dziecka. Ale równie mocno biją w nas ołówkowe rysunki Joanny Concejo. Naturalne przez swój szkicowy charakter. Portrety sprawiające wrażenie dokumentu. Zapadające w pamięć kadry jak ze złego snu.
Całość wydaje się być relacją - pamiętnikiem z obozu. Dlatego tak bardzo dotyka nas ta książka, która nie jest przecież dokumentem, ale przypomina o czymś, co zdarzyło się kiedyś w Polsce i nie było bajką. Oglądam kolejny i kolejny raz, a ścisk w gardle nie mija.
P.S. "Dym" ukazał się w 2008 r. w hiszpańskiej kolekcji OQO. Tytuł zilustrowała mieszkająca we Francji Polka Joanna Concejo, znana na świecie, w Polsce mniej. W 1999 r. wyszła u nas książka z ilustracjami Concejo "Komu, komu buzi" (wyd. Fresk). Czekamy na więcej, zdecydowanie.
Ewa Skibińska, 21.09.2011
Zobacz także:
Książka, która od kilku tygodni siedzi w mojej głowie. I podobna reakcja - ścisk w gardle i wzruszenie. Myślę, że wielu czytelników reaguje podobnie. Świetne ilustracje - moim zdaniem lektura obowiązkowa (jakkolwiek to brzmi)przy omawianiu tematyki Holocaustu - ze starszą młodzieżą.
dodał: be.el, Wtorek, 27 września 2011 11:11