"Baśniobór"
Brandon Mull
ilustr. Brandon Dorman
przeł. Rafał Lisowski
Wydawnictwo W.A.B., 2011
Jaki jest przepis na dobrą powieść dla dzieci? Trzeba wysłać rodzeństwo (obowiązkowo brat i siostra o przeciwstawnych charakterach) na wieś, gdzie stoi stary dom z dziwacznymi mieszkańcami (introwertyczny dziadek, enigmatyczna służąca), w tajemniczym ogrodzie żyją mitologiczne stworzenia, a w lesie roi się od nierozwiązanych zagadek. Należy to wszystko zmiksować w odpowiednich proporcjach, doprawić szczyptą magii i już mamy gotowy bestseller. „Baśniobór” (Fablehaven) wspiął się na pierwsze miejsce na liście książkowych bestsellerów dla dzieci „The New York Times’a”, a w samych tylko Stanach Zjednoczonych sprzedano ponad 2 miliony egzemplarzy. Na łamach „The Los Angeles Times” pojawiło się nawet stwierdzenie, że niektóre sceny są godne „Władcy Pierścieni”. Choć uważam, że stawianie ich na równi z Tolkienowskimi to lekka przesada to widać, że autor korzysta z dobrych sprawdzonych wzorców: na stronach pobrzmiewają echa utworów Edith Nesbit, Tolkiena czy "Narni".
Akcja rozkręca się dość szybko, najpierw jednak rodzice Kendry i Setha wyruszają w rejs, a dzieci zostawiają pod opieką dziadków. Rodzeństwo jest nastawione do tego pomysłu dość sceptycznie, żeby nie powiedzieć wrogo. Tym bardziej, że z dziadkami ze strony taty nie utrzymywali zbyt bliskiego kontaktu. Po przyjeździe okazuje się, że w domu zostali tylko dziadek, Lena i Dale, a babcia gdzieś znikła. Dziadek Sorenson wydaje się początkowo nieco oschły, ponieważ zobowiązuje dzieci do przestrzegania pewnych ustalonych reguł i zakazów. Ich złamanie jest zagrożone karą, a co gorsza może też dojść do jakichś nieprzewidzianych zdarzeń. Okazuje się, że dziadek poddał dzieci testowi, o którym one oczywiście nic nie wiedzą. Chciał w ten sposób sprawdzić, czy można im zaufać zanim trafią do tytułowego Baśnioboru, którego jest opiekunem. Ten świat, wymyślony przez Brandona Mulla, zamieszkują wróżki, rozbrykane satyry, wielki golem, swarliwe wiedźmy i mnóstwo innych baśniowych lokatorów. Można ich dostrzec po wypiciu mleka, więc rodzeństwo w ogóle nie grymasi nad kubkiem ciepłego płynu. Kendra przestrzega zaleceń starszego pana, ale Sethowi ograniczenia zaczynają ciążyć. Niepokorny brat coraz śmielej przekracza kolejne granice, aż w końcu miarka się przebiera, kiedy więzi w słoiku wróżkę. A te wcale nie są takie miłe, jak to się przedstawia w różowych, słodkich książeczkach dla małych dziewczynek. Są próżne i złe, a raz skrzywdzone długą będą się mścić. Początkowo Baśniobór wydaje się być oazą dla czarodziejskich istot, chroniącą je przed niebezpiecznym Stowarzyszeniem Gwiazdy Wieczornej. Jednak złamanie ustalonych reguł i wkroczenie na czyjeś terytorium pociągnie za sobą konsekwencje, w wyniku których ożyją złe moce a Kendra i Seth będą musieli zmierzyć się z potężnymi siłami – ale czy wyjdą z tej próby zwycięsko?
„Baśniobór” to książka na poły fantastyczna, na poły baśń w starym stylu. A przy takiej treści aż prosi się o ładną, intrygującą szatę graficzną. Nie ma jednak w ilustracjach do „Baśnioboru” magii, oniryzmu czy choćby tajemnicy. Chyba autor przed publikacją kolejnych tomów powinien zastanowić się nad wyborem ilustratora. Czasami dobry grafik jest w stanie zakamuflować niedociągnięcia w tekście. Nie wiem dlaczego, ale zaraz na myśl przyszedł mi Julek Heller (http://www.julekheller.com - ilustrator polskiego pochodzenia, specjalista od różnych mitologicznych i fantastycznych stworzeń). Tymczasem rysunki w "Baśnioborze" są po prostu tandetne (na szczęście jest ich niewiele), sprawiają wrażenie wyjętych z taniego wydania leżącego w koszach supermarketów, podobnie jak kiepski papier. Książka jest klejona (a nie szyta) i przy dużej częstotliwości czytania może się w końcu rozsypać. Wysoka cena w stosunku do jakości z pewnością nie idzie w parze z hasłem: „Pierwsze miejsce na liście bestsellerów”...
Muszę przyznać, że mimo wszystko podoba mi się wytwór fantazji Mulla. Widać, że autor jest oczytany, co przekłada się też na jakość tekstu. Dobrze, że nie ma w nim niepotrzebnych udziwnień i komplikujących fabułę wydarzeń. Pewnie niejeden czytelnik chciałby zamieszkać w takim pokoju na poddaszu, który wygląda na przeniesiony z zupełnie innej epoki – pełno w nim starych zabawek, jest i jednorożec na biegunach, a nawet wiktoriański domek dla lalek. I też chcielibyśmy dostać od dziadka zestaw różnej wielkości kluczy i rozpocząć poszukiwanie zamków, które można nimi otworzyć. Autor serwuje też tradycyjny zestaw morałów, na szczęście nie naprzykrza się czytelnikowi. Dodaje to książce walorów edukacyjnych. Na końcu „Baśnioboru” jest zestaw pytań dotyczący nie tylko treści książki, ale też różnych wartości, przestrzegania zasad, posłuszeństwa czy wierności przekonaniom. Można je wykorzystać na przykład jako punkt wyjścia do różnych dyskusji – czy to w szkole z uczniami, czy też po prostu z dziećmi w domu.
Przyznam, że podchodziłam do tej książki z dużą rezerwą, bo a nuż okaże się, że to kolejna kopia Harry’ego Pottera, z rozdętą do granic możliwości machiną promocyjną? Na szczęście okazało się, że tak nie jest. „Baśniobór” dobrze się czyta, niestety zbyt szybko. Książkę polecam, to świetna lektura na deszczowe popołudnia czy ostatnie dni lata, zdecydowanie nie do poduszki, bo akcja wciąga i wciąż chce się chłonąć tych dziwów więcej i więcej. A cytując autora: „Nikt, kto tu wchodzi, nie wyjdzie niezmieniony”. Brandon Mull zaplanował już wydanie kolejnych części, a to duże ryzyko - pozostałe tomy mogą nie udźwignąć sukcesu pierwszego. Mam też obawy (czy słuszne - czas pokaże), że za parę lat „Baśniobór” zginie w zalewie podobnych publikacji.
Magdalena Świtała
link
Dziadek na początku probował ukarać chłopca, jednak z wymierzenia kary zrezygnował - co moim zdaniem podkopało jego autorytet. A jeśli chodzi o uwięzienie wróżki - w rzeczywistości dzieci potrafią zamknąć w słoiku na przykład motyle czy biedronki, żeby je obserwować... Dobrze, że nie wszyscy czytelnicy bezkrytycznie zachwycają się tym, co wypuści rynek.
dodał: Magdalena Świtała, Wtorek, 30 sierpnia 2011 07:21
Książka ta wydała mi się nudna i banalna. Irytowała mnie powtarzające się zapewnienia dziadka, że nic im nie grozi, co regularnie okazywało się nieprawdą. Irytował też mocno stereotypowy obraz bohaterów - jak chłopak to odważny i spontaniczny, jak dziewczynka to spokojna i przestrzegająca zasad, ewentualnie później jej się coś przyszykuje aby mogła też udowodnić, że ma w sobie siłę. A już najbardziej mnie zirytowało dość spokojne przejście obok zła, które chłopiec wyrządził wróżce przemieniając ją w diabełka. Próba zemsty, za którą wzięły się pozostałe wróżki oraz upomnienie dziadka nie wydają się adekwatne wobec ogromu wyrządzonego zła.
dodał: Morgana, Poniedziałek, 29 sierpnia 2011 11:46