"Lenka"
tekst i ilustr. Katalin Szegedi
Wydawnictwo Namas, 2010
O sile tolerancji i akceptacji
Okrągłymi, czarnymi oczami spogląda na mnie z okładki okrągła buzia okolona kulą czerwonych loków. Dziewczynka ubrana jest w czerwoną sukienkę spowijającą okrągłe ciałko. Lenka właśnie taka jest: OKRĄGŁA. Tylko myśli ma kanciaste. Z powodu tej okrągłości. O sobie myśli: „Jestem gruba”, a rówieśnicy, niestety, tylko potwierdzają te domysły, nie szczędząc przy tym oszczerstw. Lenka jest samotna. Nie ma przyjaciół, z którymi mogłaby się beztrosko śmiać i bawić. Powiernikami jej tajemnic są kolorowe kredki i białe kartki papieru, które dziewczynka bardzo szybko i w ogromnych ilościach zapełnia rysunkami.
Pewnego jesiennego popołudnia Lenka wychodzi na podwórko. Podejmuje kilka prób nawiązania kontaktu z dziećmi, jednak bezskutecznie. Dzieci śmieją się z niej, szydzą i przeganiają. Po trzech takich próbach dziewczynka poddaje się i w samotności zaczyna rysować kredą po asfalcie. Tak się zapamiętuje w tym akcie twórczym, że nawet nie zauważa, iż za jej plecami stoi pewien baczny obserwator. Ma na imię Palko, jest chudy jak palec, na nosie ma okulary i jeździ na hulajnodze. Zdaje się, że jest równie samotny jak Lenka. On jeden widzi, że nowa koleżanka jest obdarzona niecodziennym talentem i on jeden nie widzi jej tuszy. Zaakceptował ją natychmiast i to w pełni. Od tej chwili Lenka z radością oczekuje jutra, bo wie, że teraz każdy dzień będzie inaczej wyglądał niż całe jej dotychczasowe życie. Ma już dla kogo rysować, ale czy to będzie aż takie potrzebne?
Powiedzieć o tej książce, że jest piękna, to po prostu za mało. Choć zaczyna się dość przejmująco, od początku podskórnie wyczuwa się, że musi kryć się za tym smutkiem jakieś przesłanie, jakieś pozytywne zakończenie. Że to uczucie po coś jest. Jest po to, by ukazać jego ulotność w obliczu przyjaźni i akceptacji oraz po to, by wprowadzić małych czytelników w świat zapewne nieobcy wielu z nich.
Trudno skupić się na samym tekście, gdyż przecudnej urody ilustracje odciągają wzrok. I to za każdym razem, bez względu na to, po raz który otwiera się książkę. Choć słowo „ilustracje” też jest tutaj niewystarczające. To są delikatne kolaże, których owa „kolażowość” nie od razu jest oczywista. Czasem trzeba się dokładniej przyjrzeć, by dostrzec, że Lenka ma kokardkę zrobioną z siateczki, domki są fragmentami gazet, a tło z tektury falistej… Tak samo jak nieoczywisty jest tytuł książki umieszczony na guzikach Lenkowej sukienki i numery stron, za każdym razem zaznaczane w inny sposób. Katalin Szegedi – węgierska autorka i ilustratorka (choć bardziej to drugie) dała się już poznać polskim czytelnikom jako ilustratorka jednej z piękniejszych książek, jaką znam - „Narodziny księżniczki” Ildikó Boldizsár. Zainteresowanych odsyłam na stronę niedawno powstałego Wydawnictwa Namas (www.namas.pl), które zaszczyca nas takimi cudnościami. Z niecierpliwością czekam na następne, bo zachwytów nigdy dość!
Agata Hołubowska
link