Kategorie

Audiobooki

Komiksy

Książki dla dzieci (0-3 lata)

Książki dla dzieci (10-12 lat)

Książki dla dzieci (3-5 lat)

Książki dla dzieci (4-6 lat)

Książki dla dzieci (7-10 lat)

Książki dla każdego

Książki dla młodzieży

Książki dla rodziców

Nowości

Obce strony

Patronat Rymsa

Studencki HYDE PARK

Z archiwum słonia

Zapowiedzi

 

Lista pozycji

Ostatnio komentowane

Pokaż więcej

Zielone pomarańcze, czyli PRL dla dzieci

Autorzy: Butenko Bohdan, dodano Czwartek, 27 stycznia 2011 | kategoria: Nowości, Książki dla dzieci (7-10 lat)

"Zielone pomarańcze, czyli PRL dla dzieci"
Aneta Górnicka-Boratyńska
ilustr. Bohdan Butenko
Agencja Edytorska Ezop, 2010

« wróć na stronę listy informacji o książkach

PRL oczami dziecka... 

Wśród alternatywnych nurtów wpływających coraz śmielej w główny prąd „narracji historycznej” silną reprezentację ma ostatnio „narracja dziecięca”. Wystarczy tylko wspomnieć „Wrońca” Jacka Dukaja czy „wojenną serię” wydawnictwa Literatura i Muzeum Powstania Warszawskiego, w której ukazała się m.in. „Asiunia” Joanny Papuzińskiej... Zwykła, nieheroiczna (i dotychczas niekronikarska) przeszła codzienność opisywana jest w takiej literaturze z perspektywy (ówczesnego) dziecka. Z oczywistych powodów publikacje te dotyczą raczej historii najnowszej, pozostającej w zasięgu pamięci autorów obecnie piszących. 

Dwie pozycje tego rodzaju, dotyczące ostatnich dekad Peerelu, warte są szczególnie podkreślenia: to seria komiksowa Marzeny Sowy (tekst) i Sylvaina Savoia (rysunki) pt. „Marzi” oraz, z innej gatunkowo beczki, album-kompendium Anety Górnickiej-Boratyńskiej pt. „Zielone pomarańcze, czyli PRL dla dzieci”. Obie wydawnicze inicjatywy, odmienne pod prawie każdym względem – rymują się w mojej subiektywnej ocenie z jednego powodu: stawiają w centrum zainteresowania dziecięcy świat lat 70. i 80. – świat, w którym PRL wcale nie jest głównym tematem, lecz staje się istotny tylko o tyle (i aż o tyle?), o ile determinował czy po prostu wpływał na kształt owej dziecięcej codzienności. Głównym tematem tych książek bowiem jest dzieciństwo, jego atrybuty, folklor i ramy instytucjonalne (np. szkoła), a także „oddolna” percepcja rzeczywistości, owszem, kształtowanej w ogromnej mierze, ale przecież nie całkowicie, przez „realny socjalizm”.

Z racji bycia rówieśnikiem autorek (roczniki 70.), odnajduję dodatkowo w ich książkach wspólnotę doświadczeń. Boratyńska opisuje warszawskie, Sowa – stalowowolskie dzieciństwo na blokowisku lat 70. i 80. XX w., ale mają one wiele wspólnego z dzieciństwem krakowskim, dokładniej (istotne uszczegółowienie!) nowohuckim (choćby takie znamienne stwierdzenie Marzi: „Ania i Marian nie mieszkają tak naprawdę w Krakowie, tylko w Nowej Hucie. Ich miasto przypomina mi moje, czyli Stalową Wolę. To są dwa betonowe miasta, które istnieją dzięki fabrykom”).

***

Marzena Sowa, urodzona w Stalowej Woli, wyemigrowawszy do Francji, związała się z rysownikiem Sylvainem Savoia i stworzyła wraz z nim, przeznaczoną pierwotnie na tamtejszy rynek, inspirowaną własną biografią opowieść o swoim dzieciństwie. Dzieciństwie spędzanym z rówieśnikami na klatkach schodowych wysokościowca, o kolejkach po każdy towar rzucony do sklepów, o życiu w cieniu dużego zakładu przemysłowego i aktywowanego tam „ruchu robotniczego” – opowieść przybliżającą zachodniemu czytelnikowi codzienne życie w PRL-u, inne niż opisywane (jeśli opisywane) w ówczesnych francuskich gazetach, z dalekiej (geograficznie i mentalnie) perspektywy... Autorzy nie stworzyli jednak historycznego dokumentu epoki, tylko – czasem karykaturalny, czasem nostalgiczny – ale zawsze subiektywny obraz odległego już świata.

Zarazem Savoia, który przecież nie zna z autopsji tych „smaków dzieciństwa”, w niekiedy po mistrzowsku syntetycznych rysunkach ujął klimat epoki, czy to w wymiarze „dorosłym”, czy oddając dziecięcy „modus vivendi”, „modus adaptandi”. Jednym rysunkiem przypomina, jak cenna była wówczas umiejętność dobrego gospodarowania przestrzenią w ciasnych blokowych mieszkankach (w łazience przypięty do ściany wzdłuż wanny gumowy wąż, doprowadzający wodę do pralki); albo wszędobylskie kilimy i dywany na jedno kopyto (na ścianach, na podłogach, nawet za firanką, na zapas), których geometryczne wzory świetnie służyły, a pewnie gdzieniegdzie nadal służą za szosy dla dziecięcych resoraków... Zaś niedopałek na chodniku obok drepczących w miejscu jesiennych butów – to metonimiczny obraz rzeczywistości kolejkowej. Doceniam tę umiejętność mikroobserwacji, wrażliwości na detale wystroju wnętrz czy ludzkich zachowań (obyczajowość religijna, zaradczość w zaopatrywaniu się „miastowych” w prowiant: w kolejkach lub u rodziny na wsi).

Kreska Sylvaina Savoia oddaje z jednej strony szczegóły ikonograficzne PRL-u (moje uznanie wzbudza sylwetka pekaesu-autosanu, klatka schodowa i malutkie klitki-mieszkania w „wielkiej płycie”), z drugiej – tworzy świat trochę upiększony, zgodnie z deklaracją wpisaną w jego motto do książki: „Jakiekolwiek by były kolory naszego dzieciństwa, mają one tę szczególną cechę, że z biegiem czasu przybierają na sile i intensywności”. W efekcie stworzył dzieło bardzo atrakcyjne wizualnie, również dla dzisiejszego młodego czytelnika. Jednak opresyjne niekiedy, bigoteryjno-bezradne zachowania matki czy wydarzenia historyczne zazwyczaj w negatywnym kontekście wdzierające się w codzienność bohaterki – są świadectwem rzeczywistości niezbyt pociągającej (to taki pstryczek wobec „nostalgików”).

Tematem właściwie jednym z najważniejszych stała się tu ówczesna religijność, przefiltrowana, jak wszystko, przez wrażliwość bohaterki, w wieku przedszkolnym, potem „okołopierwszokomunijnym”. Dziecka rozumującego w bliskich sobie kategoriach, niepozbawionych logiki, próbującego scalić przy tym różne, nieprzystające do siebie nauki oferowane przez świat bliższy i dalszy – za to pozbawionego w zasadzie troskliwego i rzetelnego (na odpowiednią miarę) wsparcia ze strony dorosłego przewodnika (przy czym rodzice i bliscy Marzi przedstawieni są jako niepozbawieni wad – zwłaszcza matka – ale ciepli, zyskujący sympatię czytelnika). W tym wątku Marzi przypomina mi zmagającą się z (inną, bo islamską, ale też paradoksalnie podobną) tradycyjną religijnością bohaterkę komiksów agnostyczki Marjane Satrapi. Czy diagnoza stawiana tam religijności (sugerująca nieuchronność procesu laicyzacji) – i tu, wedle Sowy/Savoia, ma zastosowanie? Wydaje się, że wychowany w laickim społeczeństwie Savoia akcentuje satyryczny stosunek do religii. Ale jest w tym też po prostu duża doza szczerości co do (nie)radzenia sobie dziecka ze zbyt trudnymi, niewyeksplikowanymi mu w zadowalający sposób problemami natury religijnej. Ta „dziecięca teologia”, czasem dość prymitywna, powinna być dla nas raczej ostrzeżeniem niż powodem do zgorszenia. W końcu zbyt wielu rodziców niepotrzebnie dostrzega coś zdrożnego w zabawie w mszę lub papieża.

Ten wątek również najwyraźniej w moim przekonaniu uwidacznia swoiste opuszczenie, osamotnienie ówczesnego dziecka (oby jako przestroga dla nas stawał się coraz mniej aktualny). Osamotnienie wobec problemów niesionych przez życie zawsze. „Dzieci i ryby głosy nie mają”, głosi polski tytuł I tomu serii – i mam nadzieję, że to powiedzenie szczęśliwie odejdzie kiedyś w zapomnienie... Notabene kapitalne jest otwarcie całej tej „epopei dziecięcej” paraboliczną opowieścią o wigilijnym karpiu w wannie.

Mimo (nielicznych) wpadek polskiej edycji (pierwszy kościół „socjalistycznego miasta” Nowej Huty to Arka Pana, nie Arka Noego; w drugim wydaniu tego wciąż nie poprawiono) – „Marzi” to dobra i poruszająca lektura. Warte podkreślenia jest, że autorzy dzielący swój czas między Francję i Belgię, stworzyli „Marzi” dla frankofońskiego odbiorcy. Nie zdobyła ponoć szerokiej popularności (pewną barierą są pewnie egzotyczne, niezrozumiałe uwarunkowania PRL-u), jest jednak wartą promocji próbą przybliżenia zachodniemu czytelnikowi nawet nie tyle naszej niedawnej historii, co determinujących ją zwykłych realiów...

***

Z kolei Aneta Górnicka-Boratyńska, krytyk literacki i dziennikarka, zrezygnowała z konwencji fabularnej i tłumacząc motywy napisania książki („Dzieci często mnie pytają...”), zwraca się wprost do młodych czytelników jakby w realnej rozmowie: powołuje się na zawodną pamięć, która potrzebuje utrwalić wspomnienia, albo znaleźć dla nich „trampolinę”. Taką „trampoliną” są „Zielone pomarańcze...”. Autorka opisuje nie konkretne zdarzenia biograficzne, lecz niejako background dla nich. Co nosiły w szkole dziewczynki, a co chłopcy, jak wyglądał przeciętna szkolna akademia, a jak uwaga w dzienniczku, w co bawiono się na podwórku, a co można było kupić w Peweksie (pod warunkiem, że posiadało się odpowiednie środki płatnicze) i ile się czekało na nowy telewizor. Jakie programy dla dzieci oferowała telewizja (to chyba bardzo pouczające dla dzisiejszych fanów MiniMini i innych kanałów tematycznych!); autorka nie omieszkała nawet wyrazić delikatnie swojej opinii o niektórych programach (i dopiero wtedy uzmysłowiłem sobie, że ja też miałem swoje preferencje). Przypomina rozmaite gadżety uprzyjemniające wówczas życie wielu, co i rusz wywołując u dorosłego czytelnika rozmaite „achy” – ale nie pozwala przesłodzić tych wspominek. Przypomina fakty z dziedziny obyczajów w czasach wiecznego niedoboru: wszędzie podobne zachowania dorosłych w kolejkach po mięso czy papier toaletowy; wspólnotę doświadczeń szczęśliwych posiadaczy wybuchowych telewizorów kolorowych marki rubin lub wyświetlaczy do „bajek na ścianę” (jak zwykło się je nazywać w moim rodzinnym domu)...

Książka Boratyńskiej obfituje w archiwalne, czarno-białe zdjęcia, a do jej szaty graficznej przyłożył rękę mistrz, klasyk (również) tamtych czasów, jeden z tych, którzy je potrafili upiększyć – Bohdan Butenko. Uczynił on z albumu książkę przyjazną, rzekłbym nawet: przytulną.

Wciągająca to lektura dla mnie i, z innych zapewne powodów, dla mojej 8-letniej córki (jej zainteresowanie książką to w moim przekonaniu dobra rekomendacja). Budzi chęć wygrzebania z szuflady starych zdjęć z przedszkola i wczesnej podstawówki, własnych albo starszych sióstr, i podzielenia się z córką wiedzą, kto się na nich tak uśmiecha w tym brzydkim szkolnym chałacie (od razu dopowiadam, że Boratyńska opowiadając z sympatią o ludziach, nie popada bynajmniej w „ostalgię”, i my nie powinniśmy).

***

Co znamienne, często te same czy podobne motywy wracają w obu omawianych tu książkach. Zresztą świetnie się one w tym uzupełniają. Komiks nie tłumaczy wyczerpująco wszystkiego: nie udźwignie poważniejszych, pogłębionych wyjaśnień na temat kontekstu politycznego itp. I tak, adresowany pierwotnie do czytelnika zachodnioeuropejskiego, czyni tu pewne ustępstwa, będące powodem zżymań polskich recenzentów. „Marzi” operuje skrótem i uwzględnia (to jej pierwszorzędna wartość!) perspektywę nie zawsze rozumiejącej te konteksty kilkuletniej bohaterki. Komplementarność „Zielonych pomarańczy...” polega na tym, że jako w zamierzeniu pogadanka (pardon le mot) skierowana do nowoczesnych dzieci – wyjaśnia i porządkuje pojęcia oraz realia ówczesnego życia w „najweselszym baraku” (przy czym tylko w aneksie, i to pokrótce, książka odnosi się do postaci i wydarzeń historycznych, tych fundujących mit założycielski III Rzeczypospolitej, jak Jan Paweł II czy Solidarność i wybory ‘89).

Brak mi za to w tym moim zestawie (i z tego, co mi wiadomo, również w księgarniach) opowieści bardziej uwzględniającej perspektywę wiejską, która podjęłaby punkt widzenia ówczesnego małego mieszkańca polskiej wsi, i wykraczała poza traktowanie wsi jako źródła bezcennego dodatkowego (i nielegalnego) zaopatrzenia w produkty żywnościowe lub miejsca azylu, schronienia przed miejską szarością (ten wątek, częściowo arkadyjski, częściowo zniuansowany, pojawia się w „Marzi” kilkakrotnie, zwłaszcza w epizodach prezentujących obyczajowość tzw. „katolicyzmu ludowego”). Temat wsi czeka wciąż na swych Sowę/Savoia (albo Sempé/Goscinnego).

Maciej Szklarczyk - wyróżnienie w konkursie na recenzję książki dla dzieci/młodzieży - edycja listopad'2011

Bibliografia:

1. „Marzi”, tekst Marzena Sowa, rysunki Sylvain Savoia,

tom I „Dzieci i ryby głosu nie mają”, Egmont 2007 (wyd. drugie 2011);
tom II „Hałasy dużych miast”, Egmont 2008
tom III „Nie ma wolności bez solidarności”, Egmont 2011.

Seria objęta honorowym patronatem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz fundacji Instytut Lecha Wałęsy.

2. „Zielone pomarańcze, czyli PRL dla dzieci”, Aneta Górnicka-Boratyńska, oprac. graf. Bohdan Butenko, Agencja Edytorska EZOP 2011.

***

"Zielone pomarańcze, czyli PRL dla dzieci" w zamiarze autorki, dziennikarki Anety Górnickiej-Boratyńskiej, to książka mająca przybliżyć naszym dzieciom nieznane im, siermiężne lata 70. i 80. "Mamo, mamo, jak to było, kiedy byłaś mała? Czym się bawiłaś? Co lubiłaś? Czy w szkole było fajnie?" - na taki zalew pytań autorka postanowiła odpowiedzieć książką:) I przyznać trzeba, że to lektura bardzo przyjemna w odbiorze: napisana w formie osobistych wspomnień, zilustrowana czarno-białymi zdjęciami (pochodzącymi ze zbiorów agencji prasowych i prywatnych p. Wojciecha Jamy) oraz rysunkami samego Bohdana Butenki, zabawnie, kolażowo zderzonymi z fotografiami.

Z kilkunastu niedługich rozdziałów dzieci dowiedzą się rozmaitych ciekawostek o szkole, rozrywkach, programach telewizyjnych, ówczesnych przysmakach, zakupach, świętach i marzeniach. Dla nich to będzie egzotyka, dla nas, wychowanych w tamtych czasach - wyprawa w dobrze znaną rzeczywistość. Fartuszki, twarde tornistry, szmaciane lalki, kostka Rubika, "Zwierzyniec", Adam Słodowy, bajki z rzutnika, kartki na żywność, zapiekanki, oranżada w proszku, autobusy "ogórki", religia w kościołach itp. itd. - na te hasła nam, dorosłym otworzą się w głowach stosowne klapki.

"Zielone pomarańcze..." wpisują się w krąg modnych ostatnio pozycji traktujących o czasach PRL-u. Tak naprawdę sami chętnie je kupujemy i czytamy z "łezką w oku".

Polecam wspólną podróż do krainy zwanej PRL-em - lekturę tej książki na pewno ubarwicie własnymi, równie ciekawymi wspomnieniami.

Ewa Skibińska

link


Zobacz także:


Z opisu nudnawa, ale w sumie baaaaaaaaaaardzo fajna. :)

dodał: Wiki, Sobota, 9 lipca 2011 12:44

Skoro tak bardzo się podoba, to można bardzo fajnie zrecenzować i przysłać do nas - opublikujemy:)
Pozdrawiam!

dodał: Ewa Skibińska, Poniedziałek, 11 lipca 2011 17:02

To wszystko prawie prawda (poza może tym, że chyba częściej młodzi ludzie słuchali z zagranicy Top Twenty niż Wolnej Europy) tyle, że poza rzeczywiście zielonymi pomarańczami czy wyrobami czekoladopodobnymi coś w tym PRL-u jeszcze się było: nie spotykaliśmy na ulicach żebraków, widzieliśmy kolejki do sklepów, ale nie widzieliśmy kolejek do jadłodajni dla bezdomnych, martwiliśmy się jako studenci nie tym, że nie znajdziemy pracy ale tym, że dostaniemy skierowanie do pracy, narzekaliśmy jako młodzi ludzie na lata oczekiwania na mieszkanie, ale nie musieliśmy na te mieszkania zaciągać kredytów na całe życie itd.

dodał: Janusz Górecki, Niedziela, 20 listopada 2011 21:39

Dodaj komentarz





Najnowszy numer


ZAMÓW NEWSLETTER


Reklama

  • IBBY Ryms upowszechnianie czytelnictwa
  • Ryms na Facebook
  • Gwarancja kultury dla Marty Lipczyńskiej
  • Przed twoimi urodzinami
  • zoo litery
  • ksiazka za dyche
  • co sie dzieje
  • z duchem do teatru
  • trzy mam ksiazki
  • zbuntowany elektron
  • znajdz nas
  • ryms w empikach
  • OKO
  • Kajtek