"Kamienica"
Roksana Jędrzejewska-Wróbel
ilustr. Piotr Rychel
Wydawnictwo Literatura, 2006
Prosiaczyńscy kontra kamienica „Pod świńskim kopytkiem”
Każdy kiedyś był świnią! Trochę mniejszą – gdy szarpał koleżankę z ławki za warkocze i trochę większą, gdy pożyczył płytę lub książkę i nie oddał na czas lub, co gorsza, na zawsze. Takiemu to zaraz świński ogonek wyrasta. A co! Swoją drogą szkoda tych świnek, że tak się w naszym języku zadomowiły, pociesza mnie tylko wizja, że w języku świń wyraz "człowiek" mógłby też mieć pejoratywny wydźwięk. Ale, ale... świnie są różne i zadziwiająco podobne do naszego sąsiada, sąsiadki, koleżanki z pracy itd. O tym właśnie jest książka Roksany Jędrzejewskiej–Wróbel pt.: „Kamienica”. Opowieść jest wesoła, napisana lekko i soczyście, żal, że tytuł na to nie wskazuje.
Głównymi bohaterami „Kamienicy” są Lucjusz i Klara Prosiaczyńscy wraz z trójką wrzeszczących prosiaczków, którzy to są „solą w oku” współmieszkańców. Dlaczego? Po pierwsze – są sympatyczni, po drugie- weseli, po trzecie - beztroscy, po czwarte – kolorowi. I tak można by wymieniać i wymieniać. Chodzi o to, że rodzinka Prosiaczyńskich symbolizuje całe zło, jakie wiąże się z młodością, począwszy od lekkomyślności, przez bezczelność, na naiwności skończywszy. Za te wszystkie cechy są oni szczerze i aktywnie nienawidzeni przez świnki - współlokatorki. Zawiązuje się nawet porozumienie sąsiedzkie, które ma na celu wygnać rodzinkę Prosiaczyńskich z kamienicy. Ale pomimo wielu prób, wielu świństw, których doznali Klara i Lucjusz, nie udało się ich przepędzić. Na korzyść tej kolorowej pary działali bowiem nieżyjący Hipolit Prosiaczyński oraz ostatnia córka Klary i Lucjusza, prześliczna Ernestynka.
Perypetie Prosiaczyńskich kończą się szczęśliwie, lecz myliłby się ten, kto przewidywałby, że Lucjusz i Klara zżyli się mocno z sąsiadami. Raczej zostali oni zaakceptowani jako rodzinka artystycznych dziwaków i przestano ich aktywnie dyskryminować. Wszystko to za sprawą ... teleskopu. Tak, tak. Okazuje się, że ten przyrząd astronomiczny ma również moc zbliżania ludzi.
„Kamienica” to opowieść z morałem, miejscami przegadana, czasem egzaltowana jak panienka z dobrego domu. Są tam jednak smaczki, które przyciągają, wywołują refleksję. Niesamowita jest dla mnie postać Lucjusza Prosiaczyńskiego, który pracował w ten sposób, że robił świnkom prawdziwe portrety. Były one efektem długiej i iście absurdalnej procedury, w trakcie której świnka poznawała swoje prawdziwe ja. W jej trakcie Lucjusz zaskakiwał delikwenta ubrany w strój Zorro, potem grał skoczne irlandzkie melodie na dudach, by w końcu zadać serię pytań (np. „po co Mikołajowi broda?”) i zmusić do:
- robienia obrzydliwych min w lustrze,
- biegania na czworakach i śpiewania piosenki „Przybyli ułani pod okienko”,
- układania limeryków rozpoczynających się od słów „Raz pewna krowa z Korwalii”,
- budowania zamku z kubeczków po jogurcie.
Po tak miażdżącej akcji klient: albo ulegał portetowaniu, albo uciekał, co oznaczało, że jak mawiał Lucjusz - „nie był gotowy, żeby zobaczyć własną duszę”.
Czy jesteście gotowi zobaczyć własną duszę? Jeśli tak – zapraszam do lektury „Kamienicy”.
Łucja Abalar
link