"Esterhazy. Historia o zającu"
Irene Dische, Hans Magnus Enzensberger
ilustr. Michael Sowa
przeł. Agata Sobiepanek
Wydawnictwo Nisza, 2010
W rodzinach na ogół rodzą się dzieci, trudno powiedzieć dlaczego. U Esterhazych z dawien dawna nieustannie rodziły się dzieci. Już dwieście lat temu byli chyba największą rodziną w całej Austrii. Chociaż żaden Esterhazy nie był zbyt duży. Prawdę mówiąc, byli oni z pokolenia na pokolenie coraz mniejsi. Chyba dlatego, że jedli mało sałaty i marchewki, a tortów i ciastek, dropsów i czekoladek mnóstwo. Nasza opowieść zaczyna się w czasach, gdy Esterhazy byli już zupełnie maleńcy, za to wybitnie inteligentni.
Stary książę Esterhazy, głowa rodu, martwił się o swoje niezliczone dzieci, wnuki i prawnuki. Wyśmiewano się z nich w sklepach z obuwiem, bo nawet buciki dla niemowląt były dla nich za duże. Nie mogli jeździć na rowerze, bo każde siodełko było za wysoko, a łapki nie sięgały pedałów. Kiedy więc najmłodszy z Esterhazych wpadł do kosza na papiery i nie mógł się z niego wydostać, książę powiedział:
– Tak dalej być nie może. Pora coś z tym zrobić!
Przez trzy dni siedział zamknięty w swoim pokoju i rozmyślał. Po trzech dniach przemówił:
– Chcę, by wszyscy moi wnukowie pojechali za granicę. Niech każdy jedzie w inne miejsce, znajdzie sobie dużą żonę i powiększa rodzinę. Bo tak to już jest na tym świecie, że małym zającom rodzą się malutkie dzieci, a dużym takie, że jeszcze chodzić nie umieją, a już nie mieszczą się w dziecięcych łóżeczkach. Esterhazy są nieduzi, więc potrzebują dużych żon, jak największych. A wtedy ich dzieci będą w sam raz.
Pewnego dnia tuż przed nadejściem wiosny książę założył najlepszy ciemnoczerwony aksamitny surdut i osobiście odprowadził swoje zajączki na wiedeński Dworzec Zachodni.
– Nie zapominajcie – przestrzegał jeszcze na peronie – że dla was dobre jest tylko to, co najlepsze! Marchewka, sałata i pietruszka. Ale koniecznie świeże. O słodyczach, ma się rozumieć, nie ma mowy!
Gromada wnuków z radości obrzuciła księcia czekoladowymi drażetkami.
Najmłodszy ze wszystkich Esterhazych nosił oficjalny tytuł: Jego Dostojność Michael Paul Anton Maria Książę Esterhazy 12 792., Pan na Sałacinie, Podniesiony do Godności Książęcej Hrabia Marchewicki, Hrabia Endywiański, Pan na Pietrusinie, Szczypiorsku i Buraczynie.
Chociaż oczywiście nikt tak do niego nie mówił. A już z całą pewnością żaden zając. Bo po pierwsze, nikt nie potrafi powtórzyć tak długiego tytułu, a po drugie w rozmowie z zającem należy zawsze używać jego rodowego nazwiska. Pamiętajcie o tym! Dlatego też naszego bohatera nazywamy od tej chwili po prostu Esterhazym.
Zatem Esterhazy, najmłodszy ze wszystkich Esterhazych, był ostatnim, który wyruszał w świat. Rodzina zdecydowała, że swego szczęścia powinien szukać w Berlinie. Wieczorem w przeddzień odjazdu książę wziął go na stronę i udzielił mu kilku bezcennych wskazówek.
– Teraz albo nigdy, mój drogi wnuku – powiedział. – Jeżeli chcesz założyć rodzinę, musisz się rozejrzeć za odpowiednią żoną. Przede wszystkim musi być duża. Im większa, tym lepsza.
– I jeszcze jedno – dodał – berlińskie zające mieszkają za wielkim murem, nikt nie wie dlaczego. Ale nie bój się! Do odważnych świat należy! Szukajcie, a znajdziecie!
Esterhazy z wdzięczności pocałował starego księcia w łapkę i wsiadł w pociąg pospieszny do Berlina (...).
link
Zobacz także:
My też. Bardzo się cieszę na tę książkę! I miło mi, że "Ryms" jest jej patronem :)
dodał: Marta Lipczyńska, Czwartek, 11 lutego 2010 12:43
A ja już ją mam! Na Targach w Poznaniu Esterhazy robił furorę:) polecam!
dodał: ania mieszała, Środa, 24 lutego 2010 13:53
"Ryms" też ma już "Esterhazy'ego" w Sklepie u Słonia! Zapraszamy:)
dodał: Ewa Skibińska, Sobota, 6 marca 2010 13:19
Nie mogę się doczekać!:)
dodał: Ewelina, Środa, 10 lutego 2010 22:57