"Koniec z nudą w budzie"
Pete Johnson
przeł. Alicja Marcinkowska
Wydawnictwo Amber, 2006
Nie oszukujmy się. Jest to jedna z tych książek, co do których rodzice są pewni, że woleliby, aby ich nastoletnie pociechy trzymały się z daleka. Jednocześnie owe nastoletnie pociechy są pewne, że byłoby najlepiej gdyby ta książka nie trafiła w ręce rodziców.
Dlaczego? Czyżby zawierała aż tak bardzo bulwersujące treści? Wcale nie.
Jestem przekonana, że każdy świetnie by się przy niej bawił. Główny bohater jest typem, który od razu przypada do serca. Tak to już jest, że kochamy bezinteresowną miłością tych wszystkich rozrabiaków, urwisów, urwipołciów, żartownisiów i nicponi, którzy wytykają i ośmieszają zasady, jakimi rządzi się świat dorosłych. Nie ma na to rady. Kochamy ich bez względu na to, w jakim wieku sami jesteśmy.
Jednak w tej miłości zaznaczają się pewne różnice pokoleniowe.
Będąc ludźmi dorosłymi, rodzicami nastoletnich pociech, tym bardziej kochamy ten typ bohatera, im bardziej jest on związany z kartami książek i im mniej nasze własne pociechy go przypominają. Tu po prostu chodzi o święty spokój. Bo im mniej nasze pociechy go przypominają, tym rzadziej jesteśmy wzywani na dywanik do dyrektora szkoły. Jednak nie chodzi tylko o spokój czasu teraźniejszego, czasu w którym nasze pociechy chodzą do szkoły. Chodzi też o spokój o ich przyszłość. Wiadomo, posłuszny, oddany pracownik, chętnie zostający w pracy po godzinach jest bardziej ceniony niż ten krnąbrny, który zawsze ma własne zdanie i co najmniej połowa pomysłów podanych przez szefa wcale, a wcale mu się nie podoba. A wszystko to wynika z doświadczenia życiowego i znajomości życia, jaką posiedli już rodzice.
A młodzi ludzie kochają ten typ bohatera tym mocniej, im mniej jest on papierowy. Kochają go tym mocniej, im bardziej sami go przypominają, a jeśli nie oni sami, to chociaż kolega z ławki. Bo dla młodzieży szkoła nie jest sentymentalną podróżą w przeszłość. Podróżą, podczas której wspomnienia są tak wybielone, że nie pozostaje na nich ani jeden pyłek negatywnej myśli. Dla młodzieży szkoła to brutalna rzeczywistość. To nuda, przymus i stres przeplatające się w równy warkocz codzienności. I jestem pewna, że co najmniej raz każdy z nich zadał sobie pytanie: co zrobić, żeby w szkole nie było tak nudno. Niektórzy nawet odpowiedzieli na to pytanie. Odpowiedzieli czynami. Tak, jak bohater w tej książce.
Trzeba podkreślić, że książka ma raczej wydźwięk komediowy niż tragiczny, więc autor zostawił w spokoju takie „mocne” sprawy jak narkotyki, alkohol czy dramatyczny bunt nastolatków. Wybrał hazard. Wiadomo, dreszczyk emocji może dodać pikanterii nawet szkolnemu życiu. Ale nawet w wesołych książkach nie ma łatwo i dobra zabawa może wymknąć się spod kontroli. I tu warto przyjrzeć się temu mechanizmowi i zadać sobie pytanie: który z małych kroczków powinien być tym ostatnim. Myślę, że jest to największa wartość tej książki.
Aneta Ciećko, laureatka styczniowego konkursu "Rymsa" na recenzję książki dla młodzieży
link