Kategorie

Audiobooki

Komiksy

Książki dla dzieci (0-3 lata)

Książki dla dzieci (10-12 lat)

Książki dla dzieci (3-5 lat)

Książki dla dzieci (4-6 lat)

Książki dla dzieci (7-10 lat)

Książki dla każdego

Książki dla młodzieży

Książki dla rodziców

Nowości

Obce strony

Patronat Rymsa

Studencki HYDE PARK

Z archiwum słonia

Zapowiedzi

 

Lista pozycji

Ostatnio komentowane

Pokaż więcej

Czarodziejskie przygody Franka

Autorzy: , dodano Poniedziałek, 11 stycznia 2010 | kategoria: Książki dla dzieci (4-6 lat), Książki dla dzieci (7-10 lat)

"Czarodziejskie przygody Franka"
Lech Zaciura
ilustr. Alicja Rybicka
Wydawnictwo Skrzat, 2009

« wróć na stronę listy informacji o książkach

Staroświecka czarowność
Konteksty nowej powieści Lecha Zaciury

 

Wydane w 2009 roku "Czarodziejskie przygody Franka" nie unikną konfrontacji z innymi pozycjami dla dzieci stojących u progu swej przygody z książkami, już czytających samodzielnie, ale jeszcze nieukształtowanych i dobierających swoją lekturę na podstawie specyficznie dziecięcych kryteriów. Potrzeby czytelnicze zmieniają się wraz z idącym, chciałoby się rzec biegnącym, do przodu światem. Wiele z tego, co było dobre w ubiegłym wieku, z czasem, w sposób naturalny, przestało być aktualne. Kiedyś kanonem było moralizatorstwo literatury, która przede wszystkim miała uczyć. Dziś nadmierny dydaktyzm obniża wartość książki, a poza tym współczesne dzieci, w przeciwieństwie do tych sprzed dwustu lat, nie tak łatwo poddają się nawet najmniejszym próbom manipulacji. Był też czas odcinania się od baśniowości, ze względu na przekonanie o jej zgubnym wpływie na psychikę dziecka. Wielu lekarzy, pedagogów i psychologów uważało, że czary w literaturze odrywają dziecko od rzeczywistości, utwierdzają wiarę w nieracjonalne metody rozwiązywania problemów. Współcześnie fantazja jest uznawana za wartość zdecydowanie sprzyjającą rozwojowi dziecka, odgrywającą ogromną rolę w procesie uczenia się, kojarzenia różnych zjawisk, kreatywności. Jeżeli dzieci od początku swego rozwoju mają okazję obcować z różnorodną literaturą, to doskonale odróżniają realność od fikcji, chęć wymuszenia na nich określonych reakcji od mniej inwazyjnych wartości wychowawczych. Z pewnością też zdają sobie sprawę z tego, że istnieje dobro i zło, ludzie prawi, ale też ci nie do końca idealni. Nie praktykuje się więc cenzurowania tekstów, jak to miało kiedyś miejsce w przypadku baśni braci Grimm, z których usuwano momenty pełne grozy, czasem okrucieństwa. W ostatnich latach sporo wydaje się książek o tematach trudnych, właśnie po to, by nie udawać przed dziećmi, że pewne problemy nie istnieją, by pokazać je w odpowiedni sposób, oswoić i przy okazji zaproponować jakiś sposób radzenia sobie z tym, co nieuniknione. Pisze się więc przejmujące, ale niezwykle mądre, pokrzepiające utwory o śmierci, która przecież czasem dotyka również dziecko ("Oskar i pani Róża" E.-E. Schmitta czy "Niebo za domem" G. Heivoll), o chorobach ("Moja mama ma raka" M. Zięby), przemocy ("Brodacz i maszyna do bicia" A. Almerasa), a nawet o poważnych problemach ogólnoludzkich, takich jak holocaust (świetna "Złodziejka książek" M. Zusaka). Astrid Lindgren mówiła, że dzieciom można opowiedzieć o wszystkim, istotne jest jedynie jak to zrobić. Dobra książka dla dziecka potrafi łączyć w sobie beztroskę dzieciństwa z tym, co czasem ją przerywa, figlarność i powagę, treści powierzchowne łatwo dostępne dziecku i warstwę głębszą, odbieraną instynktownie lub przy wsparciu dorosłych towarzyszy dziecięcej przygody czytelniczej.

Jakie są "Czarodziejskie przygody Franka" wobec powyższych tendencji, wynikających ze specyfiki obecnych czasów i, przede wszystkim, potrzeb najmłodszych? Mówiąc kolokwialnie, trochę odstają od tego, co postulują teoretycy literatury dla najmłodszych oraz, co tworzą współcześni pisarze dziecięcy. Więcej wspólnego mają z pewną częścią pozycji połowy XX wieku, na której wychowywał się Lech Zaciura. Pytany o książki swojego dzieciństwa wymienia m.in. "Mikołajka", "Pana Samochodzika", bajki Jana Brzechwy, "Joachima Lisa, detektywa dyplomowanego" i "Plastusiowy pamiętnik". Autor nie kryje podobieństw do tej ostatniej pozycji i określa je jako potrzebę twórczą, nie zaś wyrachowane naśladownictwo. Nie wspomina jednak o "Akademii pana Kleksa", a kilka podstawowych elementów Franka można porównać do tej właśnie powieści. Niezwykłym przyjacielem Franka staje się szpak Hubert. Jak się okazuje pod koniec powieści, jest on czarodziejem, który zamieniony w ptaka dobrowolnie przyjmuje niemożność powrotu do swej pierwotnej postaci. Mateusz – pomocnik pana Kleksa był również człowiekiem, który w niebezpieczeństwie zdecydował się na bycie szpakiem po wieki. Obaj znają ludzką mowę i są pewnego rodzaju ostoją ziemskich znajomych. A ci, zarówno u L. Zaciury jak i J. Brzechwy, mają możliwość zmniejszania się i mieszkają w rzeczywistości zamkniętej, poza którą jest już inna bajka - w sensie dosłownym dla wychowanków Akademii, jako poczucie obcości dla bohatera najnowszej książki autora "Ułeczki". Nie brak też w "Czarodziejskich przygodach Franka" pewnych powtarzających się w literaturze dziecięcej elementów, tj. zaczarowanego miejsca w zwykłym domu (bardzo często strychu), przedostawania się na różnorodnie pojmowaną „drugą stronę” (szuflada w omawianej książce pełni taką funkcję jak lustro w "Alicji w krainie czarów" lub peron 9 ¾ w "Harrym Potterze") czy przyjaźni dziecka i zwierzęcia. Co innego jednak taki motyw wędrowny, a co innego celowa lub nieświadoma kalka elementów fabuły. Niezależnie od tego, nie da się zaprzeczyć, że sposób pisania, podejmowane problemy, nastrój, ilustracje, są w stylu książek powstających w ubiegłym wieku. W wypowiedziach L. Zaciury pojawia się określenie intencji pisarskiej – "stworzenie nieco staromodnej książki, nawiązującej do twórczości Marii Kownackiej czy Ewy Szelburg-Zarembiny"1.

Z pewnością jest grono tradycjonalistów wybierających tego typu pisarstwo. Wydaje się jednak, że w dobie ikoniczności wszelkich pojawiających się informacji, obrazowanie tych staromodnych książek jest w zasięgu możliwości odbiorczych coraz mniejszej liczby czytelników. Niestety przekaz do nich skierowany coraz częściej musi być bliższy szybko zmieniającym się obrazom w telewizji, komputerze, na ulicy. W tym kontekście pierwsza powieść L. Zaciury skierowana do młodszych odbiorców wydaje się nieco za długa. Na tak wielu stronach można by mnożyć przygody, a co za tym idzie nienachalne treści uczące postępowania w różnych sytuacjach. Tymczasem narracja jest równie niespieszna jak w "Ułeczce" – poprzedniej książce autora. Można nawet rzec, że jest urocza, ale trzeba wytrwałego i wyrobionego czytelnika dziecięcego, by delektował się słowem, skupił na dłuższych historiach i cierpliwie czekał na zwrot akcji. Z badań wynika, że dzieci odrzucają książki, w których "nic się nie dzieje, cały czas jest to samo"2. Niewiarygodne, ale za taką nudną książkę uznały "Robin Hooda", w którym, z punktu widzenia dorosłego, aż roi się od przygód. Czy opis żywota Franka ma porwać młodych odbiorców i przekonać co do tego, że czytanie to, jak powiedziała W. Szymborska, najlepsza zabawa, jaką wymyśliła sobie ludzkość? Poza tym, w tych "Czarodziejskich przygodach…" odczuwa się niedosyt czarów. Po szybkim fabularnie i bardzo atrakcyjnym wątkowo początku, nastawiającym na niesamowite wydarzenia, już do końca czarodziejskość ogranicza się do magicznej szuflady, rozmawiających zwierząt i zmniejszania rozmiarów głównego bohatera. Tymczasem powieść, mając tą fantastyczną bazę, zmierza ku realizmowi. Znów można zapytać: czy świadomie?

Wiąże się to też z koncepcją świata przedstawionego i typem bohaterów. Franek ma pełną, kochającą się rodzinę, sam jest przykładem prawie bezproblemowego dziecka, jest prawy, nie popełnia błędów, nie ma złych cech. Czy jest zatem bohaterem, z którym czytelnik może się utożsamiać? Oby większość dzieci miała równie idylliczne dzieciństwo. Niestety perfekcyjne rodziny, poza tymi występującymi w reklamach, są rzadkim, choć tak pożądanym zjawiskiem. Franek ma, co prawda, pewne trudności, ale łatwo i w niewyszukany sposób je pokonuje. Hałasujące kuny prosi o przeniesienie się w inne miejsce i te to czynią. Szkolny łobuz pokornieje na skutek działań przyrody, w małym zaś stopniu chłopca. Przed kotem ratuje go siostra, a zagubionego odnajdują ptaki.

Autor sam nie miał łatwego dzieciństwa i to właśnie mogłoby być elementem opowieści na miarę współczesnych oczekiwań. Może ktoś mógłby pomyśleć: ja też jestem w beznadziejnej sytuacji, ale da się znaleźć sposoby radzenia sobie z samotnością, ograniczeniami czy byciem innym. Ubranie tego w fantastyczną formę nadałoby książce kompensacyjnej mocy. "Gdy jesteśmy akceptowani w otaczającym nas świecie ludzkim i czujemy się w nim ważni, nie towarzyszy nam potrzeba tworzenia sobie fantastycznych wizji, które rekompensowałyby nam niepowodzenia tu na ziemi"3. Przenoszenie się do baśniowych, czy choć trochę czarodziejskich światów jest bardzo potrzebne dzieciom, które mają problem. W "Czarodziejskich przygodach Franka" to, co dzieje się po przejściu przez cudowną szufladę nie jest czymś spoza świata, w którym na co dzień żyje bohater. Jest to tylko widziane z innej perspektywy. Po co było nazywać opowieść czarodziejską, skoro ucieka się od rozbudowywania w fabule tego, co niemożliwe, od gmatwania jej przeszkodami, które na pierwszy rzut oka są nie do pokonania? Nawet imiona bohaterów (Szpak Hubert, mysz Kubuś, wiewiórka Basia) są dodatkowym osadzeniem w rzeczywistości, jakby fikcja miała być jak najbardziej prawdziwa. Autor określa przygody Franka jako "tradycyjną, pogodną książkę o przyjaźni – z czarami:)"4. Ciekawe na ile ten uśmieszek oznacza traktowanie magii i baśniowości z przymrużeniem oka.

"Czarodziejskie przygody Franka" bliskie są bajeczce w rozumieniu Jerzego Cieślikowskiego. To "gatunek łączący w sobie elementy baśni i bajki zwierzęcej, fantastyki i magiczności z symboliką zwierzęcą i dydaktyką […] Ani cienia w bajeczce okrutnych praw natury czy stosunków społecznych"5. Taki gatunek był jednak zawsze wierszowany. Sto dziewięćdziesiąt sześć stron prozy chyba nie mieści się w tej teorii. Może zatem pozostanie przy konwencji przygodowej usprawiedliwiałoby rozsądne rozwiązania pozbawione czarodziejskiego smaczku i nuty niepewności. Dałoby też miejsce idealnemu bohaterowi, którego podziwialiby i któremu zazdrościliby czytelnicy żądni wrażeń, nie zaś potrzebujący wsparcia. Jakie potrzeby, takie oczekiwania czytelnicze. Wielbiciel kryminału może być rozczarowany powieścią, której tytuł sugeruje zabójstwo, a okazuje się ona opisem zabójczej miłości. Dziecko lubujące się w fantastyce prawdopodobnie nie zadowoli się realizmem przygód Franka, które miały być czarodziejskie. Można założyć, że autor chciał pokazać niezwykłość w zwykłości, którą każdy ma na wyciągnięcie ręki, bo wystarczy się schylić i przyjąć perspektywę najmniejszych istot. Prawdopodobnie sensowne byłoby nawet twierdzenie, że "Czarodziejskie przygody" są tak przyziemne, bo wiele jest mniejszych i większych cudów, których ludzki umysł nie ogarnia i skłonny jest dopatrywać się w nich niezwykłości, tak jak swego czasu, po skonstruowaniu samolotu, ten niby ciężki, a latający cud techniki poczytywano za dzieło sił nieczystych. Wszystko to ciekawe założenia, podobnie jak wymiar ekologiczny tej książki. Jednak tak jak w przypadku poziomu czarodziejskości, nie zyskały one dostatecznego rozwinięcia ubranego w atrakcyjną formę. Jak wspomniano, opowieść o Franku ma wiele wspólnego z "Ułeczką", pierwszą książką Lecha Zaciury. Także to samo spokojne otoczenie: podwórko pełne drzew, które „lojalne”, zupełnie jak te, otaczające konarami Franka, oczko wodne z żabami i ślimakami (czyżby z Kumem-strzelcem i Kumą-zadumą?), kot Łatek przechadzający się po ogrodzie, ten sam kogut Lucek i odgrywające szczególną rolę ptaki. Wszystko to opisane z wyraźnym umiłowaniem szczegółu. Jakby jeszcze tę nową "Ułeczkę" dla dzieci opatrzyć tym, co było najlepsze w poprzedniczce… Gdyby tak bohaterowie, o których ma czytać ośmio- czy dziesięciolatek posługiwali się podobnym językiem, jak ten z "Opowieści Biezucha przechodnia", gdzie "pręgowany fagas" z opakowania karmy dla kotów szuka miejsca, by "zadekować się i prowadzić żywot przyjemniaka"6. Czyżby takie słownictwo miało zepsuć język młodych czytelników i dlatego serwuje się im nienaganną, a jednocześnie mało pociągającą polszczyznę? Owszem, dbałość o mowę to rzecz ważna, ale językowy luz nie zepsuje przyszłego mistrza mowy polskiej. To koncepty przyciągają początkujących czytelników i wcale nie muszą opierać się na naciąganej nowomowie. Dobrym przykładem jest warstwa słowna komiksów Ewy Karskiej. Fabuła jednego z nich, podobnie jak "Czarodziejskie przygody Franka", opiera się na tajemniczym miejscu – zaczarowanej altanie, umożliwiającej przejście na „drugą stronę”. Nie sposób oderwać się od tekstów wykorzystujących melodyjność języka typu: "Gdy księżyc kończył już nocną zmianę, a słonko tarło oczka zaspane, dziewczynki cichcem zeszły ze schodów i chyłkiem, boczkiem, smyk do ogrodu. Od teraz Kimi gra główną rolę. Ja tam nie skoczę! No nie wydolę…"7. L. Zaciura w powieści dla dorosłych pokazał, że umie pisać zabawnym językiem, więc znów pojawia się pytanie, czy celowo swoją drugą książkę czyni tak nienaganną, również w zakresie słownictwa? Ten styl, podobnie jak idealny bohater, potęgują dydaktyzm opowiadanych historii. Większość z nich kończy się mniej lub bardziej czytelnym morałem. Dlaczego przygód Franka nie można było stworzyć na zasadzie dających do myślenia ułeczkowych opowieści i nie podawać pouczeń wprost? Jedynym takim przykładem w omawianej książce jest gest głównego bohatera, który w ramach odwdzięczenia za wyratowanie z opresji, przeznaczył swoje kieszonkowe na prezent siostrze. Fakt ten na szczęście nie został dodatkowo skomentowany i zyskał wartość wychowawczą, bo nie jest odbierany jak pouczenie. Trzeba zaufać dzieciom, które są samodzielnymi istotami, wiele rozumieją i instynktownie potrafią czerpać z literatury oraz uczyć się na jej podstawie.

Jak wiadomo, odbiór to rzecz bardzo indywidualna. Najlepszymi kontrargumentami dla powyższych są opinie zawarte w listach kierowanych do autora. Pełne są one zachwytów nad tym, co tutaj uznano za anachroniczne. Podsumowaniem przeciwstawnych sądów o nowej książce L. Zaciury niech będzie wypowiedź jednej z dorosłych (!) czytelniczek: "…na rynku są miliony książek, ale coraz więcej w nich czarów, zazdrości, a nawet przemocy, dziecko gubi się w systemie wartości, jakie przekazuje mu rodzina i autor… - z lekturą Pana Leszka jest inaczej, rodzic spokojnie może ją polecić swemu dziecku"8. Całe teoretyzowanie dorosłych pozostanie na papierze, a to pociechy dokonają najlepszej oceny swą zaczytaną postawą lub wyborem czego innego. Taki świat, takie prawo konsumenta na przebogatym rynku książki i taki wybór dzieci, niezwykle świadomych tego otaczającego świata i rynku.

Mariola Simonowicz (Biała Podlaska), zwyciężczyni grudniowego konkursu "Rymsa" na recenzję książki dla dzieci

 

Przypisy:
1. Z korespondencji mailowej z autorką niniejszego artykułu.
2. D. Świerczyńska-Jelonek, "Dziecięce kryteria oceny książki" [w:] "Książka dziecięca 1990-2005. Konteksty kultury popularnej i literatury wysokiej", G. Leszczyński (red.), Warszawa 2006, s. 235.
3. B. Banasiak, "Po drugiej stronie peronu, czyli o dziecku w świecie fantazji na podstawie J.K. Rowling Harry Potter" [w:] "Powrót Marii Buyno-Arctowej? Proza dla dzieci z pozycji wczoraj i dziś", A. Książek-Szczepanikowa (red.), Siedlce 2007, s. 152.
4. Z korespondencji mailowej z autorką niniejszego artykułu.
5. J. Cieślikowski, "Literatura osobna", Warszawa 1985, s. 75.
6. L. Zaciura, "Ułeczka", Warszawa 2007, s. 38.
7. E. Karska (tekst), S. Kiełbus (rys.), "Zaczarowana altana", Warszawa 2008, s. 11.
8. Z listu p. Moniki Bojarczuk, udostępnionego dzięki uprzejmości Lecha Zaciury.

link

Uważnie przeczytałam recenzję pani Marioli, znam również książkę, która jest przedmiotem jej krytyki. Z recenzją na 99,9% nie zgadzam się. Książka zachwyca ciepłem, prostotą języka, pozytywnymi wartościami w niej propagowanymi, a których jest coraz mniej w dzisiejszym świecie. Uczy przyjaźni, szacunku dla ludzi i zwierząt (!). I o dziwo – wbrew sugestii recenzentki – dzieci, które nią obdarowałam, a dla których pani ta proponuje książki w typie gier komputerowych lub komiksów (jako te „nie nudne”) zachwyt ten podzieliły, pytają o ciąg dalszy.
Twierdzenie, iż jest to książka skierowana do coraz mniejszego grona odbiorców nasuwa przypuszczenie, że według tej pani, intelekt najmłodszych czytelników tak osłabł w ostatnich latach, że są oni w stanie zrozumieć jedynie krótkie historyjki obrazkowe! Czyżby groził nam powrót do piktogramów?
Zgodnie z sugestiami recenzentki współczesna książka dla dzieci (w tym wypadku to książka rekomendowana przez Wydawcę dla dzieci od 6-10 lat) powinna traktować o patologiach i rozlicznych problemach. Osobiście wolałabym, by dla dziecka w tym wieku, dopiero przecież zaczynającego przygodę z literaturą, książka była odskocznią od codzienności, relaksem, czymś co zachęci do czytania. W czasach, gdy dzieci wdrażane są od małego w tryb dorosłego życia, ciężko pracują ucząc się i uczestnicząc w licznych zajęciach pozalekcyjnych (które mają im zagwarantować lepszą pozycję na przyszłość), są w dużej mierze prawdziwego dzieciństwa pozbawione – mogą je odnaleźć właśnie w książkach typu „Czarodziejskich Przygód Franka”. Z tego co wiem, wolą czytać o czymś pogodnym, pozytywnie nastawiającym do świata” niż o patologicznej rodzinie, matce pijaczce i ojcu narkomanie (to chyba jednak tematyka bardziej dla starszych dzieci, a nawet młodzieży już). Myślę, że również dzieci z takich właśnie rodzin chętniej sięgną po książkę tego rodzaju – choćby w swoistej postawie obronnej, „by nie zwariować” (także w tym celu organizowane są obecnie w wielu miejscowościach zajęcia świetlicowe, wyjazdy dla dzieci z takich rodzin).
Z umiłowania przez recenzentkę tematu „dziecięcej literatury patologicznej” wynika kolejny zarzut: wg niej na minus zaliczyć należy fakt przedstawienia przez autora pełnej, szczęśliwej rodziny, bo to rzadkość w dzisiejszym świecie. Przekornie więc pytam: może właśnie dlatego o takim modelu rodziny trzeba pisać, pokazywać, że jest to coś osiągalnego, do czego w dorosłym już życiu warto dążyć? „Rodzina idealna” (tak tytułowana przez recenzentkę), to wg mnie m.in. rezultat odpowiedzialności ludzi, którzy ją kiedyś postanowili założyć. Omawiana książka takiej właśnie odpowiedzialności, za los bliskich istot, uczy.
Wg pani recenzującej pozycja, o której mowa, utrzymana jest„w stylu książek powstających w ubiegłym wieku”. Zauważam nieskromnie, iż obecny wiek dopiero niedawno się zaczął, aż tak wiele znaczących pozycji dziecięcej literatury w nim nie powstało i z tego co się orientuję wciąż niesłabnącym zainteresowaniem, zarówno czytelników jak i wydawców, cieszą się książki z tego właśnie, ubiegłego acz nie bardzo jeszcze odległego, wieku.
Jedynym zarzutem, z którym można się zgodzić, jest sposób przenoszenia się bohatera do „czarodziejskiego ogrodu” – tu, za pośrednictwem szuflady –, który można uznać za dość oklepany motyw. Jednak wielu autorów wykorzystuje podobny chwyt. Np. w goszczącym na kinowych ekranach „Parnassusie” przenosimy się do świata urzeczywistnionych marzeń za pośrednictwem lustra.
Na koniec coś, co wydaje mi się wręcz obelgą w stosunku do autora posługującego się prostą, ładną polszczyzną, a którą recenzentka nazywa „naciąganą nowomową”. Dobrze byłoby, gdyby pani ta podciągnęła się nieco w owej „nowomowie” i przystępując do pisania recenzji książki dla dzieci ( gdzie z takim znawstwem snuje swą perorę ) przyswoiła sobie poprawną pisownię nazwisk, choćby polskich klasyków tejże literatury, na których się powołuje: Droga Pani, z tego co wiem, żyła niegdyś pisarka o nazwisku Szelburg-Zarembina, nie zaś „Zarębina”, jak nas Pani przekonuje (!).
A „Czarodziejskie Przygody Franka” polecam wszystkim. Wciągają, dają odprężenie (miło coś takiego poczytać także maluchowi), ogrzewają w mroźne ostatnio dni :) Dodatkową zaletą są piękne ilustracje. Po lekturze "Czarodziejskich Przygód Franka" dzieci szukają tajemnego przejścia na strychach swoich domów :)Bo jednak strychy i rozmaite zakamarki, to coś, co również wbrew opinii pani Marioli, zawsze dzieciaki pociąga :)

dodał: Agnieszka, Środa, 27 stycznia 2010 12:51

Za błąd w nazwisku Ewy Szelburg-Zarembiny przeprasza redakcja - przeoczyliśmy w korekcie, powinniśmy poprawić od razu, co czynimy czym prędzej teraz

dodał: Ewa Skibińska, Czwartek, 28 stycznia 2010 10:01

Opinia Pani Agnieszki o recenzji napisanej przez Panią Mariolę jest obraźliwa. Przede wszystkim używanie zwrotu "ta pani" jest nie na miejscu. Uważam, że Pani Agnieszka nie zrozumiała recenzji Pani Marioli i wyciąga pochopne wnioski.
I dyskutowanie na tym poziomie nie ma sensu, szczególnie na tej stronie internetowej.
Pozdrawiam redakcję Rymsa.

dodał: noumena, Czwartek, 28 stycznia 2010 17:29

Witam,
jako autor "Czarodziejskich przygód Franka", chciałbym odnieść się do recenzji napisanej przez Mariolę Simonowicz. Zatytułowana "Staroświecka czarowność Konteksty nowej powieści Lecha Zaciury", jest obszerna i ma aspiracje bycia analizą krytycznoliteracką. Jest mi miło, że moja książka została potraktowana tak poważnie, ale jednocześnie nie zgadzam się z częścią uwag krytycznych, które są zawarte w recenzji Marioli Simonowicz. Żeby nie przedłużać wstępu, przejdę od razu do polemiki. Do jej napisania zachęciły mnie reakcje czytelników: dzieci, a czasem ich rodziców.

>Jakie są "Czarodziejskie przygody Franka" wobec powyższych tendencji, wynikających ze specyfiki obecnych czasów i, przede wszystkim, potrzeb najmłodszych? Mówiąc kolokwialnie, trochę odstają od tego, co postulują teoretycy literatury dla najmłodszych oraz, co tworzą współcześni pisarze dziecięcy. Więcej wspólnego mają z pewną częścią pozycji połowy XX wieku, na której wychowywał się Lech Zaciura.< - pisze Mariola Simonowicz.

Od wydania książki we wrześniu ub.r. dostaję coraz więcej opinii o "Franku" i wszystkie były dotąd niezwykle pozytywne. Stoją w wyraźnej sprzeczności do przywoływanych teoretyków literatury i twórczości niektórych pisarzy dziecięcych. Wg recenzji moja książka jest przestarzała. A mimo to została polubiona i jest czytana. Coś tu nie pasuje. Moim zdaniem nie sprawdza się teoretyczna strona recenzji, która przeciwstawia "nowoczesną" i "problemową" literaturę dziecięcą, tej "staroświeckiej" i "idyllicznej". Uważam, że alternatywa: albo "Oskar i Pani Róża", albo "Czarodziejskie przygody Franka" - jest fałszywa. Nie ma powodu, by nie czytać z przyjemnością i zaangażowaniem każdej z tych książek. Różne nurty literatury dla dzieci uzupełniają się, a nie walczą z sobą.

>(...) trzeba wytrwałego i wyrobionego czytelnika dziecięcego, by
delektował się słowem, skupił na dłuższych historiach i cierpliwie czekał na
zwrot akcji.< (MS)

Nie zgadzam się z tą opinią. Dłuższe opisy nie muszą być nudne! Zależy, jak są napisane. Wierzę, że narracja w "Przygodach Franka" jest ciekawa. Bardzo starałem się, by była łatwa do czytania, potoczysta i miała dowcip. Mam nadzieję, że mi się udało :)

>Z pewnością jest grono tradycjonalistów wybierających tego typu pisarstwo.
Wydaje się jednak, że w dobie ikoniczności wszelkich pojawiających się
informacji, obrazowanie tych staromodnych książek jest w zasięgu możliwości
odbiorczych coraz mniejszej liczby czytelników. Niestety przekaz do nich
skierowany coraz częściej musi być bliższy szybko zmieniającym się obrazom w
telewizji, komputerze, na ulicy.< (MS)

Także i z tym nie zgadzam się. Mam odwrotne zdanie: uważam, że możliwość (i chęć!) przyswojenia sobie zarówno książek o szybko zmieniającej się, "obrazkowej" akcji, jak i tzw. staromodnych, jest podobna. Dzieci będą odrzucały książki, które brzmią anachronicznie, mają stare tłumaczenie, są nieciekawie napisane. Nie powinno być to podstawą do tworzenia wspólnego worka na "przestarzałe książki z XX wieku".

>L. Zaciura w powieści dla dorosłych pokazał, że umie pisać zabawnym językiem, więc znów pojawia się pytanie, czy celowo swoją drugą książkę czyni tak nienaganną, również w zakresie słownictwa? Ten styl, podobnie jak
idealny bohater, potęgują dydaktyzm opowiadanych historii.< (MS)

Mariola Simonowicz zarzuca "Frankowi" przesadne moralizatorstwo i idealizowanie bohatera. Uważam, że "smrodek dydaktyczny" jest w mojej książce umiarkowany. Franek często żartuje sobie z rodziców: opowiadając im, co mu się zdarzyło, wie, że potraktują to jako fantazjowanie. Bawi się tym. Z kolei w historii z kunami chłopiec bierze udział w sportowym hazardzie - ktoś "czujny moralnie" mógłby uznać to za wręcz niewychowawcze! Myślę, że od strony dydaktyzmu "Franek" nie wystaje w żadną stronę zbytnio ponad normę.
Uważam też, że nie jest wadą brak konfliktów w rodzinie Franka, kłopotów zdrowotnych czy wychowawczych. Nie jestem przeciwny opisywaniu takich problemów, ale moja książka jest po prostu nie o tym!

>Franek ma, co prawda, pewne trudności, ale łatwo i w niewyszukany sposób
je pokonuje. Hałasujące kuny prosi o przeniesienie się w inne miejsce i te
to czynią. Szkolny łobuz pokornieje na skutek działań przyrody, w małym zaś
stopniu chłopca. Przed kotem ratuje go siostra, a zagubionego odnajdują
ptaki.< (MS)

Następną sprawą jest rzekoma bierność Franka, zbytnia łatwość, z jaką pokonuje trudności, lub że są one pokonywane za niego. Jest to, moim zdaniem,opinia przesadzona. Franek nie jest herosem - to fakt. Jest normalny, ale wcale nie omijają go wyzwania. W przygodzie w muchołówkami wymusza na rodzicach wypuszczenie na wolność kontuzjowanego ptaka - bierze tym na siebie odpowiedzialność za jego przeżycie (lub śmierć). W rozdziale "Obrońcy
ogrodu" Franek wymyśla plan obrony przed wandalem. Zaś w rozdziale, gdzie zostaje uratowany przez siostrę przed kotem, najpierw sam walczy z Donem, ratując życie rannej samiczce szpaka. Kunom wymyśla sposób, w jaki mogą dokończyć swój jarmark. Itp. Można powiedzieć, że większość przygód Franka nie jest heroicznych (w sensie narażania życia, stykania się z beznadziejną sytuacją, ze śmiercią przyjaciół), ale czy na pewno jest to wada...?

>(...)ilustracje, są w stylu książek powstających w ubiegłym wieku.< (MS)

Tą jedną frazą na całą obszerną recenzję Mariola Simonowicz kwituje obecność w "Czarodziejskich przygodach Franka" przeszło 50. ilustracji, w tym wiele barwnych i całostronicowych. Ich autorką jest Alicja Rybicka, świetna ilustratorka, która "Frankiem" potwierdziła swoją klasę i umiejętność oddania atmosfery opowieści. Z pewnością ilustracje są dużym walorem tej książki, zaś im młodszy czytelnik, tym większa rola obrazków.
Wierzę, że w "Czarodziejskich przygodach Franka" zachowana jest równowaga między tekstem a ilustracjami, zaś historie nie są rozwlekłe, co sugeruje recenzentka. Książka nie jest bardzo długa: duża czcionka, ilustracje, podział na 13 rozdziałów - sprawia to, że 200 stron, to nie jest dużo.
Na koniec dodam rzecz być może najważniejszą. Sednem takiej książki, jak "Czarodziejskie przygody Franka", jest zaproszenie czytelnika do przyjaznego świata, w którym poczuje się jak u siebie - i jakiego wielu z nas w dzieciństwie szuka. Tworzymy sobie w wyobraźni własny świat i przyjaciół, i chowamy się w nim, gdy chcemy oderwać się od codzienności. To normalna potrzeba dziecka, ale też dorosłego (być może stąd tak dobry odbiór "Franka"
także przez rodziców?). Nie oznacza to ucieczki od realiów życia, ale... cóż, tak jesteśmy skonstruowani, że potrzebujemy czasem pobyć w innym świecie :)
Pozdrawiam
Lech Zaciura

PS. Z dużymi fragmentami "Czarodziejskich przygód Franka" i ilustracjami do
książki można zapoznać się na stronie www.lomazy.eu/franek
Po wakacjach ukaże się kontynuacja "Franka", pt. "Franek i duch drzewa" -
tym razem mniej idylliczna :)

dodał: Lech Zaciura, Czwartek, 28 stycznia 2010 20:15

no tak pani Agnieszko Oskar chory na raka czy dziewczynka próbująca zachować człowieczeństwo gdy wokół holokaust to prawdziwa patologia Pani to pewnie jakaś elita Pozazdrościć

dodał: anna, Piątek, 29 stycznia 2010 10:20

Drodzy Państwo, ostudźmy trochę emocje. Każdy ma prawo do krytyki, ale trzeba to robić w sposób wyważony i nieagresywny. Czego życzymy sobie i naszym Czytelnikom:)

dodał: Ewa Skibińska, Piątek, 29 stycznia 2010 12:20

Witam serdecznie :) Mój komentarz w żaden sposób nie jest obraźliwy - jest tylko adekwatny do recenzji, która za to w dość obraźliwy sposób traktuje autora "Franka" (zwłaszcza dotyczy to fragmentu o "nowomowie", jaką wg recenzentki posługuje się autor. Tym terminem pani ta określa ładnie brzmiącą polszczyznę. Później, już w przy maturze, nauczyciele narzekają, że zamiast poprawnych polskich zdań dostają coś w formie sms-ów. Wniosek nasuwa się sam). Znam zarówno "Oskara i panią Różę", a także "Złodziejkę książek" i uważam, że to jednak książki dla dzieci ciut starszych. Oczywiście, że to piękne i wartościowe pozycje, ale raczej wątpię, by dziecko w wieku 6 lat z zainteresowaniem czytało o holocauście. Każdy temat ma swój czas. Proszę zauważyć, że np. jeśli chodzi o zwiedzanie Muzeum w Oświęcimiu istnieją ograniczenia wiekowe. Dla grup zorganizowanych, np. szkolnych, jest to granica 14 roku życia, a więc znacznie wyższa, niż przedział wiekowy sugerowany przez wydawców "Franka". Pani Anno, proszę nie wkładać w moje usta słów, których nie wypowiedziałam: nie dziewczynka jest patologią, lecz jest nią na pewno holocaust. I właśnie dlatego uważam, że książka którą ma pani na myśli, przeznaczona jest dla dzieci starszych od czytelników recenzowanej pozycji.
Poza tym, jak napisał autor "Nie jestem przeciwny opisywaniu takich problemów, ale moja książka jest po prostu nie o tym!" A z recenzji pani Simonowicz wynika, że obecnie wszystkie "modne" książki dla dzieci muszą traktować o takich właśnie tematach.
Pozdrawiam :)
P.S.
Sformułowanie "pani ta" nie jest w moim zamierzeniu obraźliwe. Trudno nieustannie pisać "recenzentka", itp.

dodał: Agnieszka, Piątek, 29 stycznia 2010 14:17

:)) wygląda na to, że wsadziłam kij w mrowisko. Wszystko, co miałam do powiedzenia zostało zawarte w recenzji. Również to, że język książki nie musi być naciąganą nowomową, by przyciągać czytelników. Nie uważam tak, a poza tym nigdzie nie zostało napisane jakoby pan Lech Zaciura posługiwał się nowomową. Przeciwnie.

dodał: Mariola Simonowicz, Sobota, 30 stycznia 2010 12:07

Dla osoby czytającej recenzję (nie tylko dla mnie) z tego oto fragmentu: "Czyżby takie słownictwo miało zepsuć język młodych czytelników i dlatego serwuje się im nienaganną, a jednocześnie mało pociągającą polszczyznę? [...]To koncepty przyciągają początkujących czytelników i wcale nie muszą opierać się na naciąganej nowomowie", tak właśnie wynika. Pozdrawiam, A.A.

dodał: Agnieszka, Poniedziałek, 1 lutego 2010 15:43

Dodaj komentarz





Najnowszy numer


ZAMÓW NEWSLETTER


Reklama

  • Kajtek
  • OKO
  • ryms w empikach
  • praktyczny pan
  • Ryms na Facebook
  • ksiazka za dyche
  • Przed twoimi urodzinami
  • klątwa dziewiątych urodzin
  • zoo litery
  • trzy mam ksiazki
  • mama czy ania
  • Rekordzisci
  • zbuntowany elektron
  • IBBY Ryms upowszechnianie czytelnictwa
  • Gwarancja kultury dla Marty Lipczyńskiej