Marta Lipczyńska-Gil
Idą w moją stronę. Mają zaciśnięte usta. Mars wbija się w czoło. Pochylają się nad ladą z książkami. Jedna mówi do drugiej: „Zobacz, takie szare, ponure, i to ma być dla dzieci... Phi, to jest za smutne, dzieci nie lubią takich rysunków...". Odwracają się ostentacyjnie i odchodzą. Zostaję sama za ladą usłaną szarymi okładkami. Tu łypie diabeł ponury, tam szary kot z żółtymi oczami, tu gęś, tam kret...
Zazdroszczę im przez chwilę tej pewności, że one wiedzą, co się dzieciom podoba, a co nie. Ekspertki. Ja nie wiem. Wydałam ponad 30 książek wybitnych autorów i nie wiem... Sama szukam i ciągle coś mnie zachwyca, jak dziecko... I chcę się tym zachwytem dzielić, wydając „bure książki”.
Najprościej jest pójść na skróty: dziewczynki to małe księżniczki, chłopcy rycerze, dziewczynki lubują się w różu, a chłopcy w niebieskim. Dziewczynki są grzeczne, a chłopcy to szaławiły. Wbić dzieci w schemat i tłuc książki o różowych kotkach, niebieskich pieskach. Za 4,99... Jakie to proste. Tak hoduje się pokolenie bezkrytycznie przyjmujące to, co wymyślą „eksperci”. Oni wiedzą lepiej, co dzieci lubią, a czego nie...
Nie bójmy się książek artystycznych, niejednoznacznych w odbiorze, nie zakładajmy z góry, że to się na pewno dzieciom nie spodoba, że z pewnością nie pojmą, co autor miał na myśli... Nie bądźmy srogimi cenzorami z góry, bezrefleksyjnie, nie bo nie... Dzieci są otwarte, nieskażone schematami. Nie narzucajmy im naszej dorosłej „jedynie słusznej” ideologii. Jeśli chcemy, żeby wyrosły na samodzielnie myślących ludzi, podsuwajmy im od najmłodszych lat różne książki – i czarno-białe, i kolorowe, dowcipne i poważne, proste (ale nie prostackie!) i dotykające trudnych spraw. Ważne, żeby to były książki napisane przez mądrych autorów (a nie ludzi, którzy wychodzą z założenia, że jak już mają dzieci, to mogą pisać książki, bo to jest takie proste), zilustrowane przez prawdziwych artystów (młodych zdolnych i mistrzów), których wrażliwość, może pomóc zrozumieć świat dzieciom i nam dorosłym czytającym wespół zespół z potomstwem. Ich wizje mogą zainspirować do własnych poszukiwań i to jest najcenniejsze. Zacytuję Józefa Wilkonia, artystę, z którym lubię pracować i którego książki wydaję: „Nie ma uniwersalnej recepty na twórczość dla dzieci, tak jak nie ma recepty na twórczość w ogóle. I nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, co podoba się dzieciom”.
Znowu patrzę na burego kota z okładki, którego namalował Wilkoń. Wszak wszystkie koty są szare...
Felieton ukazał się w 3. listopadowym numerze "Paperminta" (2011)
« wróć na stronę listy artykułów