Ostatnio dodane

Ryms z kavką, czyli nowy cykl o... książkach! Część 1

Piątek, 13 września 2019

Books, Bücher, Libros, Livres sierpień 2019

Wtorek, 10 września 2019

Czeskie nowinki - odsłona piąta

Poniedziałek, 2 września 2019

Books, Bücher, Libros, Livres lipiec 2019

Poniedziałek, 12 sierpnia 2019

5 pytań do… czyli goście Rabka Festival 2019 mówią o książkach (cz. 10)

Wtorek, 6 sierpnia 2019

 

Ostatnio komentowane

Klasycy przedwojennej ilustracji

Wtorek, 21 lipca 2015

Gdzie szukać aplikacji dla dzieci?

Piątek, 9 października 2015

Najważniejsze nagrody w dziedzinie: książka dla dzieci i młodzieży

Wtorek, 5 kwietnia 2016

Nowe szaty Andersena

Środa, 1 kwietnia 2015

Komiksowa podróż Shauna Tana

Piątek, 9 stycznia 2015

Moje miejsce jest tutaj...

Piątek, 20 stycznia 2012

Kiedy już czytałam tekst, wiedziałam, że jeśli dam mu się dotknąć naprawdę, to nie będę mogła nad nim pracować. Więc spróbowałam się zdystansować i właściwie to pozwoliło mi na pracę - mówi o książce "Dym" ilustratorka i autorka Joanna Concejo.

Marta Lipczyńska-Gil: Dwa lata temu odkryłam cię na targach w Bolonii. Byłam na stoisku wydawnictwa Topipittori i tam właśnie agentka, która wiedziała, że jestem Polką jak ty, pokazała mi twoje książki. Pamiętam, że streściła mi całego "Anioła od butów". Byłam tą książką zachwycona. Zachwycona książką i dumna, że zrobiła ją Polka! Powiedz, jak zaczęła się twoja współpraca z wydawnictwem Topipittori.

Joanna Concejo: Topipittori zobaczyło moje ilustracje w Internecie. Akurat brałam udział w konkursie, który był we Włoszech, i ten konkurs wygrałam. Po jakimś czasie dostałam maila z wydawnictwa Topipittori z pytaniem, czy mogłabym im wysłać jakieś portfolio, cokolwiek. Wysłałam kilka ilustracji, na których było trochę dopisków, więc oni spytali, czy jest może jakiś tekst. Tekst był. To był tekst "Pana Nikt". No i właściwie bardzo szybko się zdecydowali.

ML-G: Czyli "Pan Nikt" był pierwszą książką?

JC: "Pan Nikt" był moją pierwszą książką w Topipittori. Miałam wcześniej kilka ilustracji do "Pana Nikt", ale zaproponowałam, że zrobię wszystko od początku. Po prostu miałam już inny pomysł na tę książkę. I tak się wszystko z nimi zaczęło.

ML-G: Rozumiem, że wcześniej "Pana Nikt" zrobiłaś w pewnym sensie do szuflady.

JC: Tak, jest cała wersja zupełnie inna od tej, która się ukazała.

ML-G: Dojrzałaś – można powiedzieć? Czy kompletnie zmieniła ci się koncepcja?

JC: Można powiedzieć, że dojrzałam. Ale też różnych nowych rzeczy próbowałam. Podobały mi się różne techniki, i akryle, i kredki, i kolaże, i najróżniejsze inne. Chyba w pewnym momencie zmęczyło mnie to poszukiwanie. Stwierdziłam, że będę rysować tylko ołówkiem. Po pierwsze to takie trochę bardziej uczciwe, a po drugie mniej czasu zajmuje to całe rozkładanie i składanie papierów, przyborów. Mam dzieci, więc czasami trzeba szybko posprzątać, zanim się zainteresują: a co tu leży, a czy mogę też porysować.

ML-G: Masz bardzo dobry warsztat. Jestem zachwycona tym, jak rysujesz postacie, ręce, twarze. Te twarze żyją, są bardzo prawdziwe. Kończyłaś ASP tu, w Polsce?

JC: W Polsce, w Poznaniu.

ML-G: U kogo zrobiłaś dyplom?

JC: U Grzegorza Marszałka i jednocześnie u Jarosława Kozłowskiego, jeden dyplom z ilustracji, drugi z rysunku.

ML-G: I od razu po studiach wyfrunęłaś za granicę?

JC: Praktycznie tak. Trochę już za tą granicą byłam, ponieważ miałam męża i córkę. Córka była ze mną w Polsce, bo bezwzględnie chciałam skończyć te studia.

ML-G: Dobrze, to jest ważne.

JC: Córka była ze mną tutaj, a kiedy już skończyłam studia, po prostu zaczęliśmy życie rodzinne za granicą.

ML-G: We Francji?

JC: We Francji.

ML-G: Ile lat mieszkasz we Francji?

JC: Teraz już siedemnaście.

ML-G: To kawał czasu!

JC: Tak, trochę mnie to też przeraża.

ML-G: Ale dobrze się tam czujesz?

JC: Cały czas mam poczucie, że to nie jest moje miejsce. Że moje miejsce jest tutaj, w Polsce. Że chociaż stąd wyjechałam, to absolutnie muszę tu wrócić. Tam nie jest „u mnie”.

ML-G: I wrócisz?

JC: Myślę, że tak.

ML-G: A twoje dzieci mówią po polsku?

JC: Córka tak, bo była tutaj do czwartego roku życia, chodziła do polskiego przedszkola. Syn rozumie polski, ale gorzej z mówieniem.

ML-G: W jakim wieku są twoje dzieci?

JC: Córka ma siedemnaście lat, a syn jedenaście.

ML-G: Chcę teraz zapytać o książkę, która ukazała się w Polsce jesienią ubiegłego roku. Wkroczyłaś na polski rynek nie z książką autorską, ale mimo to z publikacją bardzo mocną. Nie znam osoby, która nie uległaby wzruszeniu pod jej wpływem. Mnie "Dym" (polskie wydanie - Tako 2011 - dop. red.) także poraził. Przede wszystkim monolog, pierwszoosobowa narracja dziecka, które trafia do obozu zagłady. Tam nie ma nadziei. Książka kończy się śmiercią dziecka. Jak ten tytuł pojawił się w twoim życiu? Czy autor sam się do ciebie zwrócił, bo znał twoje ilustracje, czy to wydawnictwo wyszło z propozycją?

JC: Wydawnictwo zaproponowało mi pracę nad tą książką. Na początku miałam pracować nad inną książką dla nich, lekką, dla dzieci, kolorową (może nie aż tak kolorową, bo ja tylu kolorów nie używam). Ale potem napisali do mnie maila, że mają jeszcze jedną propozycję i chcieliby, żebym tę propozycję przyjęła jako pierwszą. Wytłumaczyli mi, że zaczynają przygotowywać kolekcję książek w pewnym sensie dokumentalnych, opartych na faktach, opowiadających o ważnych wydarzeniach.

ML-G: Ta książka jest swego rodzaju świadectwem.

JC: Tak. Będą to w pewnym sensie książki świadectwa, tak to zostało pomyślane. W końcu napisali, że tematem będzie Holokaust. Kiedy już czytałam tekst, wiedziałam, że jeśli dam mu się dotknąć naprawdę, to nie będę mogła nad nim pracować. Więc spróbowałam się zdystansować i właściwie to pozwoliło mi na pracę. Musiałam dużo rzeczy od nowa odszukać, postudiować je, pooglądać trochę filmów, poczytać trochę świadectw ludzi, którzy sami to przeżyli albo stracili rodzinę. Najróżniejsze rzeczy. W Internecie można dużo znaleźć. Tyle zdjęć. Ogrom jest tego.

ML-G: Długo pracowałaś nad tą książką?

JC: Właściwie nie, nie pracowałam nad nią długo.

ML-G: Ale długo się przygotowywałaś?

JC: Właśnie. Najdłużej trwał okres przygotowań, żeby zrobić stand-up tej książki. Było trochę dyskusji, szczególnie nad ostatnią ilustracją. Tak się wzbraniałam, żeby to pokazać…

ML-G: Że oni wchodzą do komory.

JC: I że tam jest czarno, i że już teraz nie ma odwrotu. Że to się tak skończyło – śmiercią. Na początku zaproponowałam lżejszą wersję, ale wydawcy absolutnie nie chcieli się na nią zgodzić. Więc następna, ale ona też za lekka…

ML-G: Ta książka ukazała się w Hiszpanii i teraz w Polsce. Czy gdzieś jeszcze?

JC: Ukazała się też we Francji. Spotkała się z dość dobrym przyjęciem.

ML-G: Jej odbiór w naszym kraju jest specyficzny. Ludzie są nieufni, nie rozumieją – po co, dla kogo.

JC: Może tak, ale mimo wszystko w Polsce, jak słyszę, "Dym" spotkał się z największym zainteresowaniem. Książka wyszła w Hiszpanii, we Francji. Ponieważ wydawca jest z Galicji, ukazała się również w języku galicyjskim. Chyba jest też dystrybuowana w krajach anglojęzycznych, ale nie jestem pewna.

ML-G: To naprawdę mocna książka. Bardzo się ją przeżywa. Myślę, że nas, matki, temat śmierci dzieci przeraża szczególnie. Miałaś z tym problem jako matka dwójki dzieci?

JC: Tak, oczywiście, że tak. To jest nie do zniesienia.

ML-G: Ja czułam fizyczny ból, czytając tę książkę.

JC: Moja córka przeczytała "Dym", ale specjalnie się nie wypowiadała. A syn przeczytał, pooglądał i cisza. Pytam: no i co, powiedz coś. Powiedział, że gdyby nie musiał, to może nie czytałby tej książki, ale skoro mu powiedziałam, że ma przeczytać, to przeczytał. Dopytuję: no i co, jesteś zszokowany? Zszokowany może nie, ale bardzo mu przykro, że to wszystko zdarzyło się naprawdę.

ML-G: Pokazałam "Dym" mojemu Frankowi, który wtedy miał niecałe siedem lat. On – chowany na Erlbruchu, którego wydaję – oglądał ją sobie po prostu, jeszcze nie czytał sam. Oglądał, przejrzał. Pytam: i co? A on: to jest książka o przyrodzie. Niesamowite, jak dziecko zupełnie inaczej to odbiera. Nie znał co prawda tekstu, ja mu książki nie czytałam. Oglądał w skupieniu ilustracje i powiedział, że to jest książka o przyrodzie.

JC: Jest. Ale wiesz dlaczego? Dosyć trudno było mi zacząć pracę nad tą książką. Przypadek sprawił, że w telewizji francuskiej obejrzałam reportaż o Polakach, którzy musieli się zajmować wszystkim dookoła tej zagłady, czyli sprzątaniem, kuchnią, uprawami. Były tam czytane świadectwa tych ludzi – z pamiętników, które zostały znalezione w zakopanych gdzieś wekach, słoikach po przetworach. Cały czas pokazywano tylko obóz koncentracyjny, jak zarastał trawą, żółtymi kwiatami. Łączka w książce jest właśnie z tego filmu. To jest ta przyroda, to zarastanie…

ML-G: Moje dziecko właśnie tak to odebrało. Uspokoiło mnie to, że nie muszę mówić mu o Holokauście na tym etapie. To zasługa obrazu, Twoich ilustracji, bo tekst jest dosłowny. Jako wydawca Erlbrucha, Wilkonia, Marii Ekier, spotykam się na targach i w bezpośrednim kontakcie ze stwierdzeniami: jakie te okładki są brzydkie, smutne, ponure. Czy na temat swojej twórczości, swoich ilustracji też słyszysz komentarze: dlaczego to jest „takie dziwne”?

JC: Słyszę.

ML-G: Że dzieci tego na pewno nie lubią...

JC: Właściwie dzieci nigdy mi nie powiedziały, że nie lubią. Kiedy spotykałam się z klasami w szkołach albo przy okazji wystawy, to ich komentarze były takie: ojejku, ile ty tego narysowałaś, czy to prawda, że ty narysowałaś to wszystko, a ile czasu rysowałaś ten rysunek, ale to jest ładne. Słyszałam tego typu wypowiedzi. Nie takie, że to jest smutne. To z reguły dorośli mówią, że to jest za smutne dla dzieci. Dorosły decyduje, że coś jest za smutne.

ML-G: Bo dziecko "wchodzi" w książkę bez problemu. Nie ma tych wszystkich blokad, które mamy my, dorośli. Dorośli są często tymi złymi cenzorami.

JC: Smutna, zła ilustracja – w życiu nie słyszałam takich słów z ust dzieci. Z ust dorosłych je słyszałam bardzo często.

ML-G: Niestety, to dorośli robią krzywdę książkom, które wydajemy, i autorom takich książek, bo przyczepiają im etykietki. Pamiętam scenę na targach książki. Podchodzi pani i mówi: dzieci tego nie lubią. Myślę: a skąd pani wie, że one tego nie lubią? Dzieci są naprawdę przeróżne i lubią różne rzeczy.

JC: Oczywiście, że tak!

ML-G: I skończymy tę rozmowę właśnie myślą, że dzieci lubią różne rzeczy.

JC: Całe szczęście.

ML-G: Bardzo ci dziękuję i trzymam kciuki, żeby więcej twoich książek ukazało się w Polsce.

Fot. archiwum Joanny Concejo

« wróć na stronę listy artykułów

Dodaj komentarz





Najnowszy numer


ZAMÓW NEWSLETTER


Reklama

  • Ze zwierzyną pod pierzyną
  • Żółwik
  • Lato Adeli
  • IBBY Ryms upowszechnianie czytelnictwa
  • Arctic
  • ryms w empikach
  • Gwarancja kultury dla Marty Lipczyńskiej
  • czaple
  • Wróble na kuble
  • 12 miesięcy
  • Ryms na Facebook
  • OKO