Chciałam, żeby to były krótkie bajki: treść i sens zawarte już w tytule. Na początku nazwałam to „Bajkomatem” – bajki z automatu, bajka za bajką - mówi o swojej najnowszej autorskiej książce "Złe sny" Ola Cieślak, ilustratorka i autorka.
Ewa Skibińska: Pani Olu, czy miewa Pani złe sny?:)
Ola Cieślak: Miewam złe i bardzo dziwne sny. Jednak książka nie nawiązuje wprost do nich. Przyznam, że jako dziecko miewałam straszne sny, uciekałam wtedy do łóżka rodziców, tato mnie przenosił, a ja znów wracałam z płaczem. Jak sobie dziś o tym myślę, to nie było to pewnie dla moich rodziców zbyt przyjemne!
ES: Jak powstawały „Złe sny”? To Pani trzecia autorska książka i szczerze przyznam - bardzo udana. Świetne są tu skojarzenia, gry słów, podteksty. Wszystko jest świeże i zabawne, do tego szalone graficznie…
OC: Pomysł „Złych snów” narodził się co najmniej pięć lat temu. W międzyczasie ewoluował, opowiastki się zmieniały. Pierwotnie jeden ze snów miał traktować "o jeleniu, który stracił głowę dla żony leśniczego", ale ostatecznie tę historię rozwinęłam w „Love Story” (pierwsza książka autorska Oli Cieślak, druga to „Od 1 do 10” – dop. red.). Niektóre bajki-sny powstały już wcześniej, kisiły się po prostu w moim komputerze, zostały nawet zilustrowane. Ostatecznie z tego pierwszego projektu pozostał pomysł, by ilustracje do poszczególnych bajek różniły się stylistyką. Żeby oglądając miało się wrażenie, że w rysunkach są wykorzystane gotowe, skądś zapożyczone elementy. To wszystko miało wyglądać, jakby zostało stworzone albo przez kilka osób, albo przez osobę schizofreniczną. Wracając do genezy „Złych snów”: chciałam, żeby to były krótkie bajki: treść i sens zawarte w samym tytule. Na początku nazwałam to „Bajkomatem” – bajki z automatu, bajka za bajką. Próbowałam zbudować fabułę, ale szybko uznałam, że ten pomysł jest bez sensu, że nie ma potrzeby tego rozbudowywać. Stanęło więc na bajkach jednozdaniowych. A rysunki powstały na nowo, często w podróżach, w pociągach, między spotkaniami z dziećmi. Odreagowywałam rysując pin-up królice i inne atrakcje. Te powiększone rysunki znalazły się w „Kato”, w barze w Katowicach. Wtedy stwierdziłam, że to jest ten kierunek dla „Złych snów” – bardziej frywolny, lekki. Że nie muszę się spinać – to jest dla dzieci, więc musi być słodkie i miłe. Książka nie musi z założenia wpisywać się w żadną stylistykę, być zgodna z oczekiwaniami…
ES:… i to wyszło jej tylko na dobre…
OC: Cieszę się. Część rysunków zrobionych dla „Kato” znalazła się w książce. Jest fryzjerka, pies Tadeuszek, ale jest też mój przyjaciel, który pomagał mi malować sufit w kuchni i wystąpił w „Złych snach” w roli fachowca. Z wąsem i w starym T-shircie wyglądał jak autentyczny fachowiec i to, że znalazł się w książce było reakcją spontaniczną. Jest więc w tej książce sporo osobistych akcentów, moich fascynacji. Są fragmenty zdjęć wygrzebanych w antykwariatach. Ta książka jest bardzo moja.
ES: Czy Pani rysunki jeszcze zdobią ściany „Kato”?
OC: Nie kontroluje tego jakoś bardzo, ale myślę, że tak. Z moim kumplem Łukaszem, który zajmuje się wizualną stroną miejsca, przyklejaliśmy je - bo to były przeskalowane wydruki - w lipcu 2011. Z założenia to miał być żywy rysunek, więc może się zdarzyć, że zostanie zamalowany, albo ktoś coś dorysuje.
ES: Książkę autorską tworzy się trudniej niż ilustracje do gotowego tekstu?
OC: Największa satysfakcja na pewno towarzyszy tworzeniu swojej książki od początku do końca. Kiedy pracuje się nad czyimś tekstem, człowiek chcąc nie chcąc spotyka się z wyobrażeniami i oczekiwaniami autora, wydawcy. Kiedy ilustruję książkę na zamówienie, muszę wiedzieć kto jest odbiorcą, jaki jest tzw. target. W przypadku książki autorskiej mam pełną wolność, której towarzyszy też ryzyko i pytanie: czy ktoś to będzie chciał wydać, czy nie. Muszę przyznać, że strasznie fajnie pracowało mi się z Grzegorzem Kasdepke przy książkach „Romans palce lizać” i „Serce i inne podroby”. To była dobra współpraca, Grzegorz mi zaufał, wydawca, po zaakceptowaniu wyglądu głównego bohatera Felka, zupełnie nie ingerował w moje poczynania. Wiedziałam tylko, że ma być sympatycznie.
ES: Testuje Pani swoje rysunki na dzieciach?
OC: Zdarza się to raczej wydawcom. Najciekawiej jest, gdy pada stwierdzenie, że postacie są jakieś takie dziwne. Czy to oznacza, że trzeba zrobić weselsze? Jako dziecko uwielbiałam rysunki Elżbiety Murawskiej do książki „Jakubek i brzoskwinia olbrzymka”. One są ponure, mroczne, nieprzyjemne, można powiedzieć dziwne, ale może przez to fascynujące. Dzięki nim mam tę książkę przed oczami do dziś. Określenie „dziwny” nie jest więc jednoznaczne i nie ufałabym mu tak bardzo.
ES: Jest w „Złych snach” delikatna nuta erotyzmu, wyczuwalna przez dorosłego czytelnika. Dziecko zobaczy po prostu nagość, kawałek ciała. Pani zdaniem jak dziecko odbierze np. nagi biust pokazany na ilustracji?
OC: Nie wiem, skąd się bierze ta okropna cenzura: nagość jest zboczona, dzieci nie mają prawa oglądać „takich rzeczy”… Pamiętam, że w dzieciństwie fascynował mnie kalendarzyk- harmonijka schowany przez rodziców w szafce. Wiedziałam oczywiście, gdzie jest ukryty i gdy nie było rodziców w domu, oglądałam z wypiekami na twarzy te rozmyte zdjęcia gołych pań w trawach, zrobione w stylistyce lat 80. Pewnie większość z nas ma podobne doświadczenia.
ES: Owszem! „Złe sny” to książka dla dzieci czy raczej dla dorosłych „dzieckiem podszytych”?
OC: Teksty są zdecydowanie dla dzieci, także małych, którym przeczytają je rodzice. Podteksty nie będą może od razu zrozumiałe, ale przypuszczam, że dużą frajdą będzie wyłapywanie tych absurdów, abstrakcji, smaczków słownych przy pomocy mamy i taty. W ilustracji lubię przemycać treści dla dorosłych. Historia o krecie Albinie, którą piszę do „Kikimory”, trafia - mam wrażenie - przede wszystkim do dorosłych. Myślę, że rozgraniczanie tych dwóch światów: dziecięcy, dorosły nie do końca ma sens. Na pewno ułatwia szufladkowanie i utrwalanie stereotypów.
ES: W „Złych snach” nie ma dosłowności i to mogą docenić i mali, i duzi.
OC: Nie lubię dosłowności w ilustracji. Lubię wejść w czyjś niedopowiedziany świat, między jednym tonem a drugim znajduję jakiś przyczółek, tam sobie zasiadam i oglądam resztę.
ES: Czy polscy czytelnicy są gotowi na książki obrazkowe?
OC: Przywołam pewną sytuację: na targach podeszła do stoiska mama z oseskiem na ręku. Pani bierze do ręki moją książkę „Od 1 do 10” do nauki cyferek i liczenia. Są tam proste wierszyki, trochę łamiące język. Mama komentuje: „Nie, to za infantylne dla mojego dziecka”. U nas wciąż nie docenia się książek obrazkowych. Ludzie często krytykują, bo są uprzedzeni, niechętni nowemu, wydaje im się dziwne, że książka ma mało tekstu i tyle kosztuje. Może jednak pokutuje nasza narodowa wada: krytykanctwo…
ES: Czy podoba się Pani to, co dzisiaj dzieje się na rynku książki dziecięcej: ciągle powstają nowe wydawnictwa, do głosu dochodzą młodzi ilustratorzy, autorzy…
OC: Bardzo dobrze się dzieje. To oznacza także większą konkurencję, ale ona mobilizuje do wzmożonej pracy, refleksji nad swoją własną twórczością. Chociaż
przyznam, że staram się nie oglądać jakoś obsesyjnie książek, które się ukazują. Dla niektórych obca twórczość może być inspirująca, ja raczej próbuję znaleźć coś w sobie. Fajnie, że powstaje tyle książek, ale z drugiej strony to może trochę zniewalać. Do tego stopnia, że zastanawiam się czasami: po co tworzyć, skoro tyle tego wokół.
ES: Pani mistrzowie w literaturze…
OC: Dużo czytam, lubię twórczość Kereta. Ostatnio odkryłam brutalny sposób opisywania rzeczywistości przez Torstena Krola. Odkryciem jest dla mnie Sjón, islandzki poeta i prozaik, autor tekstów piosenek Björk. Jego książkę „Skugga Baldur. Opowieść islandzką” wygrzebałam niestety w taniej księgarni, niestety, bo nie zasłużyła na to! To bardzo cienka rzecz, czasem na jednej stronie pojawia się tylko jedno zdanie. Ale ja to zdanie przeżywam tyle, co czasem całą stronę. Gdy czytam: „Noc była mroźna, z tych dłuższych” – ja tę długość czuję. Uwielbiam, kiedy autor zostawia jakąś przestrzeń czytelnikowi. Czuję wtedy, że nie traktuje mnie tylko jako konsumenta, ale zostawia mi pole dla wyobraźni, pozwala dla siebie znaleźć przyczółek.
ES: Książki Pani dzieciństwa…
OC: Oczywiście wspomniany przeze mnie „Jakubek i brzoskwinia olbrzymka” z ilustracjami Elżbiety Murawskiej. Uwielbiałam też lekką kreskę Stannego. Gdy byłam chora, na stoliku obowiązkowo leżały „Baśnie” braci Grimm i księga baśni polskich z ich fascynującym klimatem grozy i rączką wystającą z trumienki, którą trzeba było uderzyć witką, żeby zaznała cierpienia. Ale była też książka absolutnie kultowa, „No tak ale...” - okładka i ilustracje Jana Młodożeńca działały na mnie magnetycznie, chociaż kompletnie nie rozumiałam, o co w tym chodzi. Do dzisiaj dosłownie skupuję tę książkę w antykwariatach, żeby móc ją komuś podarować.
ES: Co będzie po „Złych snach”?
OC: Mam już tę książkę napisaną, to też jest bardzo mała forma. To rzecz nieco schizofreniczna. Ucieszyła mnie opinia, którą usłyszałam: że książka sprawia wrażenie napisanej przez dwie osoby. Właśnie taki efekt chciałam osiągnąć! No ale póki co, zbieram siły, żeby ją zilustrować. Trudny zawodnik! Mam nadzieję, że znajdzie się na niego jakiś amator.
ES: Tego życzę i dziękuję za rozmowę.
Ola Cieślak - (1981, Częstochowa), ilustratorka, autorka tekstów, oprawczyni graficzna, absolwentka ASP w Warszawie. Autorka książek "Złe Sny", "Love Story", "Od 1 do 10" oraz ilustrowanej powieści w odcinkach "Albin Kret" dla Magazynu Kikimora. Stypendystka programu Młoda Polska 2011. Mieszka, pracuje i kontempluje w Warszawie.
W wywiadzie wykorzystaliśmy okładkę i dwie ilustracje ze środka "Złych snów" (wyd. Bona, 2011).
Fot. archiwum Oli Cieślak
Zobacz także:
« wróć na stronę listy artykułów