Agnieszka Kruszyńska, Czy to koniec strofującej dzieci Mary Poppins? Szkic o „trzeba” i „nie wolno”, [w:] "Ryms" nr 14, lato 2011, s. 2-4.
„A teraz proszę raz-dwa wstać z łóżka i ubrać się. I ani słowa więcej!” (1) – w taki sposób Mary Poppins nieustannie strofuje Michasia i Janeczkę, marszcząc nos, prychając i fukając. Wydaje rozkazy w sposób nieznoszący sprzeciwu i wymaga błyskawicznego wypełniania poleceń. Mary nie toleruje ciekawości dzieci i ani myśli jej zaspokajać.
Gdy czarodziejska miarka ujawnia wady dzieci, panna Poppins bezlitośnie je odczytuje, nie bawi się w delikatność. Delikatna w ogóle nie jest. Ale to nieustanne strofowanie miewa nieraz poważną przyczynę: chroni strefę czarów. Zamyka cudowne przygody w tym, o czym się nie mówi, co jest bardzo własne i bardzo tajemnicze; co więcej – ma pozostać tajemnicze, więc nie może być ujawnione. Wprawdzie nieposłuszeństwo i krnąbrność są karane – jak przygoda Janeczki na malowidle – ale Mary nie jest w końcu taka najgorsza. Choć ze swym stylem niezwracania najmniejszej uwagi na wrażliwość dziecka i na jego potrzebę wyrażania własnego „ja” nie jest nowoczesna.
Rekordzistą, jeśli idzie o instrukcje dotyczące tego, co trzeba i czego nie wolno, nieobiecującym w dodatku żadnej nagrody, zdaje się pozostawać – starszy od Pameli L. Travers – Heinrich Hoffmann. Tłumaczony i wznawiany w Polsce w dwudziestoleciu międzywojennym, choć już wówczas literatura dla dzieci nabierała dziecięcych rumieńców. Hoffman ustala regulamin kar za nieprzestrzeganie reguł i w ten sposób reguły stają się kanoniczne. Za niejedzenie zupy czeka śmierć („Kto nie je zupy, ten umrzeć musi. / Tak też z Michasiem! Był zdrów i tłusty, / pięć dni grymasił, umarł na szósty” 2). Za ssanie paluszków paluszki z pewnością zostaną ucięte przez tajemniczego krawca („Płacze Julek, żal niebodze, / a paluszki na podłodze”). A wiercenie się przy stole zostaje ukoronowane takim oto zabiegiem wychowawczym: „I ukarał ojciec syna, / Aż trzeszczała dyscyplina”.
Pouczająca ta książeczka, opatrzona wymownym mottem „Czytajcie dzieci, uczcie się, / jak to niegrzecznym bywa źle”, jest przykładem wysmakowanej makabry na tematy wychowawcze. A przecież tytuł "Złota różdżka" zdaje się zapowiadać inne zgoła czary niż pojawianie się upiornego krawca, który czyha na niegrzeczne dzieci ssące paluszki...
Strofowanie dzieci w literaturze milknie, a jego miejsce zajmują zrozumienie, rozmowa, przychylność dla dziecięcej wrażliwości. Nie jest to domeną ostatnich lat, choć z pewnością ten właśnie czas przynosi trwały już zwrot ku dziecku. Warto zauważyć wcześniejsze głosy, które proponowały inne zastosowania literatury dla dzieci niż tylko dydaktyczne i wychowawcze. Oto Maria Konopnicka wyprzedza swoją epokę: „Literatura dziecięca obracała się dotąd przeważnie w sferze dydaktycznego dramatu [...]. I to było dobre. I jest dobre. I zawsze będzie dobre. Ale także było, jest i będzie jednostronne. [...] Taki ja sobie kładę zamiar i o nim to właśnie chciałam powiedzieć Panu. Nie przychodzę ani uczyć dzieci, ani też ich bawić. Przychodzę śpiewać z nimi” (3).
Janusz Korczak jako wychowawca jest już pedagogiem rozumiejącym i współodczuwającym. W wydanej w 1925 roku opowieści "Kiedy znów będę mały" objaśnia punkt widzenia dziecka. Dorosły narrator w wyniku czarów znowu zostaje dzieckiem. W ten sposób może wyjaśnić i zrozumieć, dlaczego dzieci koncentrują się nie na lekcji, a na śniegu, który zaczyna padać, a podczas drogi do szkoły przystają, żeby obserwować. Wszystko, bo wszystko jest tak bardzo zajmujące: „Gdybym był duży, przeszedłbym obojętnie, pewnie bym wcale nie zauważył. A że jestem chłopakiem, więc mnie to ciekawi” (4).
Wspaniałe jest wytłumaczenie dziecięcego roztargnienia na lekcji, gdy pada pierwszy śnieg – wytłumaczenie uczynione w poczuciu komitywy z małymi, w poczuciu więzi. Co więcej – w poczuciu słuszności dziecięcego sposobu odbierania świata. Pani w klasie gniewa się za wyglądanie przez okno. Zwraca uwagę kilka razy, coraz surowiej, a dzieci myślą: „Więc znów nasza wina? Więc to my? Więc nie śnieg winien, tylko ciągle my? Spaliśmy – w nocy – nawet nie wiedzieliśmy, możemy przynieść świadectwo rodziny – on spadł sam, z nieba. A jeśli nie wolno mówić, jeśli trzeba udawać, że nie widzieliśmy, nie wiemy, jest źle, brzydko, że wiemy i cieszymy się nawet, ano trudno. Niechaj i tak będzie” (5).
Z czasem w literaturze coraz więcej sympatycznych urwisów, coraz więcej śmiechu z psikusów: Tomek Sawyer, Emil ze Smalandii, Pippi Langstrump, francuski Mikołajek, a w literaturze polskiej bohaterowie Edmunda Niziurskiego w jego powieściach szkolnych czy współcześnie "Dynastia Miziołków" Joanny Olech. To tylko kilka przykładów z pochodu wisusów przez literaturę, ale wisusów, na których wisusostwo oko Wielkiej Pedagogii pozostaje przymknięte. Posłuszne dziecko przestało być (a może nigdy nie było) ciekawym bohaterem. Respektowanie norm nie posuwa fabuły naprzód. Dopiero ich przekraczanie – nawet w dobrych intencjach i niechcący, jak w wypadku Ani Shirley – powoduje przygody. Nieposłuszeństwo i samowola okazują się nawet pożyteczne. Ucieczka z domu Semiramidy ("A w Patafii nie bardzo" Jacka Nawrota) nie tylko przynosi same dobre skutki, ale jest też w pełni uzasadniona, bo rodzice Semiramidy nie umieją być rodzicami.
Bohater dziecięcej literatury nie musi już być grzeczny i mieć ulizanej grzywki. A i dorośli, w tym rodzice, przestali być doskonali. Literatura nie waha się już pokazywać
mamusie odchodzące od tatusiów i tatusiów odchodzących od mamuś. Na kartach opowiadań bardzo wrażliwej pisarki Anny Onichmowskiej są też mamusie znudzone swoimi dziećmi. Czy – a jeśli tak, to jak – tego typu literatura konstruuje coś w rodzaju norm życia w rodzinie, nakazów i zakazów? U Onichimowskiej jest to droga szczególnego w-życia się w sytuację dziecka, które przejmuje rolę narratora i naznacza opowiadanie swoją emocjonalnością. Wszystkie poczynania dziecka – nawet sprzeczne z tym, co obowiązuje, co jest właściwe – zostają uzasadnione od środka, od wnętrza emocji. Bohaterki opowiadań "Będę dzielna" i "Małgosia" uciekają. Jedna tylko z przyjęcia u koleżanki, druga z domu, w którym mamusia hasłem żądania od dziecka grzeczności zasłania swoją niechęć do bycia mamusią. Za każdym razem ta współczesna literatura (6) pokazuje, że tam, gdzie pewien porządek został zachwiany, gdzie zachwiane zostały emocje dziecka, tam dorosły nie ma szczególnego prawa – a może: żadnego prawa – by oczekiwać przestrzegania instrukcji typu: „Bądź posłuszna, bądź grzeczna”.
Grzeczność właśnie zyskuje niespotykany, tragiczny wydźwięk w opowiadaniu "Małgosia". Instrukcja „Bądź grzeczna” traci swoje znaczenie i powtarzana przez mamę Uli oznacza: „Zejdź mi z oczu”. Dlatego przerażone dziecko wie, że spełnienie tego oczekiwania jest niemożliwe. Warunek postawiony nie tylko dziecku, ale i psu, który zostanie w domu, „jeśli będzie grzeczny”, to warunek sformułowany nieuczciwie. Zakończenie utworu jest otwarte: Ula z pieskiem wychodzi cicho z domu i wyrusza na poszukiwanie innej mamusi, mamusi poznanej przez telefon koleżanki. Ale ta ucieczka nie jest niegrzecznością dziecka, lecz niegrzecznością dorosłych.
Inne problemy związane z normami, etykietą, szczególnie językową, znajdujemy w "Będę dzielna". Dziewczynka, nieświadoma znaczenia tych słów, dowiaduje się, że „mamusia ma chłopa”. Słowa te, zabarwione przykrą tajemnicą, powtarzane są przez dzieci i rozumiane przez bohaterkę, będącą także narratorką, z dosłownością dziecięcego myślenia: Ewa śni o mamusiu, która ściera w domu kurze z mebli, a także z chłopa („A chłop był taki sam jak ten, do którego jeździliśmy kupować jabłka, ziemniaki i cebulę na zimę”, s. 148). W tłumaczeniu tych słów mama odwołuje się do jakiegoś nieokreślonego wzorca „wypada – nie wypada” („mówi się – nie mówi się”; „trzeba – nie tak jak trzeba”): „– Nigdy tak nie mów – zdenerwowała się [mama]. – To jest bardzo, bardzo, no... wulgarne. Tak się nie mówi.
– Tak powiedziała mama Zosi – broniłam się.
– Czasem dorośli też mówią nie tak, jak trzeba” (s. 150).
„Trzeba” i „nie wolno” są tu ustawione miękko, nieinwazyjnie, po przyjacielsku – i tak zapisuje się ta rozmowa w świadomości dziecięcej narratorki. Ciekawe, że narrację pierwszoosobową Onichimowska stosuje tam, gdzie faktycznie powrotu do norm potrzebują dorośli, nie dzieci. Dystansującej narracji trzecioosobowej natomiast używa tam, gdzie to dziecko ma wejść w ramy jakieś stylu bycia, stylu postępowania. Tak dzieje się w opowiadaniu "Mam wszystko". Postaciami, które próbują wyznaczyć małej Basi pewne granice, są mama i babcia. Zresztą to właśnie przewodniczki dzieci zdają się pojawiać u tej pisarki częściej niż przewodnicy; wyjątkiem jest opowiadanie "Warkoczyk".
Uwagi kierowane do dziecka nie mogą już we współczesnej literaturze być tylko nakazami, bezdyskusyjnymi prawdami do wierzenia, podanymi jak w katechizmie. Są tłumaczeniami i wyciąganiem do dziecka rąk. Dziecko nareszcie zostało równouprawnione; realizm psychologiczny jest zdobyczą tej literatury uwolnionej od dorosłych traktowanych jako ikony doskonałości. W "Warkoczyku" to pani w przedszkolu nie umie przyjąć tego, że świat nie musi być schematyczny i nie wszyscy tatusiowie muszą być tacy sami. Są tatusiowie z warkoczykiem i w kucharskim fartuchu.
Równouprawnienie ludzi małych i dużych zakłada, że literatura nie krytykuje zbyt mocno braci podsłuchujących rozmowę dorosłych (Anna Onichimowska, "Gdzie jesteś, tatusiu?"). Bo jeśli brak w rodzinie komunikacji, to dzieci mają prawo na swój sposób dowiadywać się tego, co dotyczy ich rodziny. W ogóle komunikacja, objaśnianie, przekazywanie informacji, cierpliwe tłumaczenie jest tym, czym często zajmują się literaccy rodzice i dziadkowie, a czego nie tolerowała Mary Poppins. To właśnie tego domagają się dzieci na kartach kolejnych książek. Jak Boguś, który z żalem wyznaje dziadkowi: „Dzieci nigdzie same nie jeżdżą, dobrze o tym wiesz. Tylko tak mnie pytasz, żeby mi było przyjemnie. Dzieci nie mają swoich pieniędzy i wszystko robią tak, jak chcą tego dorośli. Tylko dorośli o nic dzieci nie pytają i to wcale nie jest w porządku” (Anna Onichimowska, "Walizka", s. 50). Świat nie w porządku – oto ocena dziecka. Kilkadziesiąt lat wcześniej Mira Jaworczakowa pokazuje niegrzeczne zachowanie niejakiej Kasi ("Oto jest Kasia"), która nie lubi swojej malutkiej siostry. Utwór zupełnie nie zwraca uwagi na to, że to rodzice nie przygotowali córki na przyjście na świat rodzeństwa. Komunikacji w ogóle nie było. Nagle pojawił się obcy, kwilący tłumoczek, a już zamknięto Kasię w świecie instrukcji: „Kochaj młodszą siostrę, ciesz się z niej, opiekuj się nią”. Czy w 1959 roku, kiedy ukazała się powieść, było jeszcze za wcześnie na literaturę równouprawnienia emocjonalnego? Po raz kolejny dziecko miało wejść w dojrzałość uczuciową na zasadzie: „i ani słowa więcej”.
Literatura współczesna docenia prawo dziecka do emocji, do ich wyrażania, nawet gdy jest to złość. Ciekawe są pod tym względem książeczki Wojciecha Kołyszki, które łączą baśń-przypowiastkę z instrukcją obsługi uczucia. Historyjki te właściwie usuwają czarno-białe reguły dotyczące zachowania. Do proponowanych dzieciom zasad wprowadzają warunkowość. Pod tym względem szczególnie interesująca jest opowiastka "Smok Lubomił i tajemnice złości", która zdejmuje z piedestału nabożnego szacunku bezwarunkową grzeczność. Co więcej – bezwarunkowa, absolutna grzeczność staje się czymś upiornym, a Kraina Straszliwej Grzeczności rzeczywiście jest straszliwa, nie do przyjęcia dla dziecka, bo nie do przyjęcia dla człowieka w ogóle. Grzeczność, gdy jest się krzywdzonym, jest absurdalna. Problem ponadczasowy – bo czymże był konflikt Ani Shirley z Małgorzatą Linde, jeśli nie próbą samoobrony ze strony dziecka, a żądaniem ślepej grzeczności ze strony dorosłych? Książka Kołyszki, wydana przez Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne (2004), proponuje równowagę między grzecznością a wyrażaniem emocji. Pokazuje, jak używać złości, a nie być używanym przez złość.
Instrukcje kierowane do dzieci są w dziecięcej literaturze ciągle obecne, lecz już nie wyraża się ich tak, jak czynił to Hoffmann. Nie są bezduszną dyktaturą. Acz pojawiają się instrukcje zgoła nieoczekiwane, zaskakujące. W 2008 roku Znak wydaje książkę Michała Rusinka pod przykuwającym uwagę tytułem "Jak przeklinać: poradnik dla dzieci". To kolejna pozycja, która zachęca do wyrażania emocji. Wśród rodziców – mimowolnych czytelników – rozgorzała jednak dyskusja o słuszności proponowanego sposobu (7). Fora internetowe pękałyby w szwach, gdyby przestrzeń wirtualna mogła pękać. Wśród internautów zapanował bowiem niepokój związany z tym, czy jeśli nawet zastąpimy tzw. brzydkie słowa sformułowaniami typu „O, rozpiska!” albo „Niech to synekdocha!”, to takie przeklinanie będzie czymś lepszym... I czy w ogóle uczyć dzieci przeklinania. Krytycy pomysłu mają liczne argumenty, obrońcy także. Niezależnie jednak od tego, jakie się zajmie stanowisko, trudno nie zauważyć, że poradnik "Jak przeklinać..." ujmuje problem instrukcji dla dzieci w zupełnie nowy sposób: z polecenia „Nie przeklinaj” powstaje polecenie „Przeklinaj następującymi słowami”.
Trudno żałować, że przeminęła epoka utworów Hoffmanna. Choć starsi ludzie w wierszyku pod tytułem "Historia bardzo smutna o chłopcu, który nie chciał jeść zupy" widzą całkiem sprawny system wychowywania niejadków. Ale chyba można żałować Mary Poppins, która strofowała nie tylko dzieci, lecz również państwa Banks, a złośliwej pannie Duduś utarła nosa. To także było równouprawnienie małego i dużego człowieka: należy strofować każdego, kto robi coś nie tak. Gdyby jeszcze Mary chciała czasem porozmawiać... Byłaby to już jednak inna bajka.
Przypisy:
1. P.L. Travers, "Mary Poppins otwiera drzwi", przeł. I. Tuwim, Warszawa 2006, s. 216.
2. H. Hoffmann, "Złota różdżka", cytaty za wersją elektroniczną: http://h.hoffmann.prv.pl/ [dostępne: 02.05.2011]. W Bibliotece Narodowej są egzemplarze wydane w 1933 roku oraz wznowienia z lat 1993 (Warszawa, Wydawnictwo Senator) i 2003 (Łódź, Wydawnictwo Verso).
3. M. Konopnicka, list do Piotra Stachiewicza z 31 grudnia 1892 roku. Za: K. Kuliczkowska, "Literatura dla dzieci 1864–1918: zarys rozwoju, materiały", Warszawa 1959, s. 313.
4. J. Korczak, "Kiedy znów będę mały", Warszawa 1983, s. 17–18.
5. Tamże, s. 71.
6. "Będę dzielna" ukazało się osobno w 1989 roku. Zawierający opowiadanie "Małgosia" zbiór "Najwyższa góra świata" ukazał się w 1996 roku, a w 1998 został wpisany na Honorową Listę IBBY (Międzynarodową Listę im. H.Ch. Andersena). Cytaty ze zbioru "Najwyższa góra świata" – za wydaniem I.
7. Ciekawa dyskusja na przykład na: http://bienczycka.com/blog/?p=3044, http://naprzystanku.blogspot.com/2009/09/guciob-przedstawia.html [dostępne: 02.05.2011].
« wróć na stronę listy artykułów
Mary Poppins to chyba najmagiczniejsza książka mojego dzieciństwa, teraz wsiąknęła w nią także moja 6-letnia córka. Surowa niania? Tak... Wymagająca? Na pewno. Ale ta otoczka czaru sprawia, że ksiązka wcale się nie starzeje - mimo zmiany w podejściu do metod wychowawczych.
dodał: mami, Wtorek, 20 września 2011 10:59