Ostatnio dodane

Books, Bücher, Libros, Livres. Mała Czcionka poleca...

Poniedziałek, 12 listopada 2018

8 marca, czyli inna wśród swoich

Niedziela, 11 listopada 2018

Inni

Czwartek, 25 października 2018

Prawdziwych przyjaciół poznaje się przy gotowaniu zupy

Piątek, 19 października 2018

Books, Bücher, Libros, Livres. Mała Czcionka poleca...

Środa, 10 października 2018

 

Ostatnio komentowane

Klasycy przedwojennej ilustracji

Wtorek, 21 lipca 2015

Gdzie szukać aplikacji dla dzieci?

Piątek, 9 października 2015

Najważniejsze nagrody w dziedzinie: książka dla dzieci i młodzieży

Wtorek, 5 kwietnia 2016

Nowe szaty Andersena

Środa, 1 kwietnia 2015

Komiksowa podróż Shauna Tana

Piątek, 9 stycznia 2015

Jeżycjada - za, a nawet przeciw

Piątek, 9 października 2009

Monika Graban-Pomirska, Jeżycjada - za, a nawet przeciw, [w:] "Ryms" nr 3, 2008, s. 2-3

Cykl powieści dla dziewcząt Małgorzaty Musierowicz, zwany popularnie Jeżycjadą, obejmujący kilkanaście (do dziś 17) tomów, jest zjawiskiem nie tylko literackim, ale kulturowym i socjologicznym. Jego fenomen potwierdza bogata bibliografia opracowań krytycznych, dyskusje toczone na łamach poważnych pism przez poważne autorytety, liczba stron internetowych prowadzonych przez miłośników sagi, szeroki krąg czytelników, nie tylko dorastających dziewcząt. Podjąć temat

Jeżycjady to jakby znaleźć się w oku cyklonu albo zbliżyć do ogniska roznieconego w noc świętojańską – trudno zdobyć się na zimny osąd, zachować dystans, przyjąć postawę obiektywnego badacza. Albo jest się wielbicielem, i wtedy jest się we wspólnocie wtajemniczonych, albo się wybrzydza i krzywi – wtedy jest się posądzonym delikatnie mówiąc o niezrozumienie konwencji, brak wrażliwości, dorosłe skostnienie.

Istnieje jednak trzeci krąg, przedstawiony w reportażu Dominiki Buczak („Wysokie Obcasy” 2007, nr 48), do którego należą uczestniczki forum internetowego, wielbiące opowieści Musierowicz, ale nie bezwarunkowo, tak jakby inaczej. Przypomina się paradoks z Ferdydurke – to, co zachwyca, zarazem nie zachwyca. Na przykład chwalony i uznawany za sygnaturę pisarki realizm (widoczny w werystycznym opisie życia codziennego, topografii Poznania, kontekstu społeczno-politycznego) połączony z baśniowością (motywów, schematów fabularnych, konstrukcji postaci) uwiera czytelniczki, skłania do stawiania pytań, tworzenia alternatywnych fabuł, wypełniania miejsc i biografii niedookreślonych bądź porzuconych w epopei. Skąd taka potrzeba dopowiedzenia, zmiany charakteru powieści, przy jednoczesnej ich afirmacji? Czytelniczki kochają i wiele wybaczają starej, dobrej Jeżycjadzie, która wg nich kończy się gdzieś w okolicy Kalamburki.

A dlaczego czytelniczki zżymają się i złośliwie komentują także wcześniejsze tomy? Najprostsza i zbyt łatwa odpowiedź brzmi: bo nastolatki już dorosły i z trudem akceptują idealistyczny obraz świata, w którym najtrudniejsze sytuacje znajdują pomyślne rozwiązanie. Współcześnie dziewczęta jeszcze wymieniają jako ulubioną lekturę Szóstą klepkę czy Kłamczuchę, ale po kolejne części sięgają już nie z taką siłą i determinacją jak ich matki.

Zaryzykuję tezę, że Jeżycjada staje się powoli lekturą sentymentalną, jako całość atrakcyjną dziś przede wszystkim dla rówieśniczek Borejkówien. Jej popularność wpisuje się w nurt nostalgii za PRL-em, który ewokuje pamięć dzieciństwa, nie kojarzy się z politycznymi, ale z osobistymi doświadczeniami z kręgu rodziny, szkoły, przyjaciół, wakacji. Krzysztof Biedrzycki, literaturoznawca, trafnie zauważa, że satysfakcję, przyjemność i radość z lektury Musierowicz zyskuje ten, kto umie wejść w rolę umownej czytelniczki powieści dla dziewcząt; Jacek Kochanowski, socjolog, entuzjastycznie apeluje: „dajcie sobie spokój z psychoterapiami i depresjami, poczytajcie Musierowicz, żeby uwierzyć, że bez względu na wszystko opłaca się być dobrym człowiekiem”. Jeśli potrzebujemy i umiemy stać się naiwnym czytelnikiem Jeżycjady, czeka nas nagroda – znajdziemy się w literackiej rzeczywistości, która spełni nasze odwieczne marzenia o szczęściu i harmonii, wzruszy do łez i rozśmieszy humorem najwyższej próby. Piszę te słowa bez ironii, bo sama wielokrotnie płakałam i śmiałam się w głos nad książkami Musierowicz, które dotykają intymnych, wstydliwych sfer ludzkiej psychiki – potrzeby miłości, wiary w dobroć, uczciwość, mądrość, sprawiedliwość.

Jednak po odłożeniu książki powoli wyzwalam się z hipnotycznego czaru i złoszczę na siebie, że dałam się uwieść banalnemu tekstowi, a to się nie godzi profesjonalistce. A może boję się w sobie dorastającej dziewczynki? Tej, co miała być odpowiedzialna i ambitna jak Gabrysia, wesoła i zdecydowana jak Ida, ciepła i bezpretensjonalna jak Pyza, wrażliwa i utalentowana jak Natalia? Poznańska autorka, zgodnie z konwencją gatunku, tworzy idealny wzorzec młodej dziewczyny, rozpisany na wiele postaci. Indywidualizacja i zróżnicowanie bohaterek są pozorne, gdyż one wszystkie razem (łącznie z mamą Borejko i dziewczętami spoza klanu) tworzą amalgamat i składają się na homogeniczny obraz dziewczęcości/kobiecości, wywodzący się z tradycji dziewiętnastowiecznej, tylko zewnętrznie i powierzchownie dostosowany do współczesnej obyczajowości.

Nieprzypadkowo Kalamburka stanowi cezurę, od niej zaczyna się rozsadzanie, pękanie misternej budowli, która okazuje się być wieżą z kości słoniowej. Ta część sagi, poświęcona w całości historii życia seniorów rodu, pozwala bliżej przyjrzeć się bohaterom wcześniej drugoplanowym, stanowiącym ważny punkt odniesienia dla aksjologii całego cyklu. Znaczone wcześniej okruchami, fragmentarycznie rysowane postaci zyskują pełną biografię, mimo to sprawiają wrażenie papierowych, sztucznych, tendencyjnych. Zręczny pomysł odwrócenia czasu fabularnego, opowiadania „od końca” uwypukla fakt, że Mila i Ignacy Borejko niemal od urodzenia wykazują cechy charakteru, które predestynują ich do roli przewodników moralnych i duchowych. Jednak jeśli poczujemy pasję archeologa, zeskrobiemy zewnętrzny dydaktyczny lukier, to stajemy wobec zagadkowego niedopowiedzenia i spłaszczenia postaci. Musierowicz w Kalamburce traktuje losy swoich bohaterów jako pas transmisyjny dla przedstawienia w skrócie powojennej historii Polski.

Ignaś i Mila to typy, nie charaktery, postacie zastygłe w obrazie pt. „szczęśliwa rodzina”, wzorowe i wzorcowe.
Mama od najwcześniejszych lat emanuje szorstkim ciepłem, zdroworozsądkowym stosunkiem do problemów, Tata od zawsze chodzi z głową w chmurach, a jego dogłębna znajomość kultury antycznej wystarcza do zajęcia pozycji autorytetu. Szczęście rodziny Borejków ufundowane jest na silnej podstawie „właściwego” rozpoznania przez rodziców hierarchii wartości i zadań, gdzie męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać.

Dzieciństwu i młodości rodziców Borejko patronują, zrealizowane w dorosłym życiu figura Matki-Polki i figura Ojca – poczciwego, ale zasadniczego i mądrego nauczyciela.

Nie miejsce tutaj na wnikliwą analizę oddziaływania stereotypów kulturowych i ról społecznych. Niepokojące jest to, że w
Jeżycjadzie pełnią one funkcję aksjomatów, danych raz na zawsze, niezmiennych i nie podlegających dyskusji. Świat wartości, wyznawany przez bohaterów, jest dogmatyczny i niepodważalny. Etos inteligencki, kultywowany na przekór smętnym czasom socjalizmu i przeniesiony nie bez trudu w realia Polski po 1989 r., urasta do rangi bastionu, nieledwie Okopów Św. Trójcy, gdzie zachowały się prawda, dobro, uczciwość, prostolinijność. Borejkowie i ich sprzymierzeńcy to ostatni rycerze, heroicznie toczący bój o zachowanie wartości takich jak dobre wychowanie (nigdy nie trzaska się drzwiami), kultura wysoka (czytuje się antycznych pisarzy, słucha muzyki klasycznej) i wreszcie kochająca i solidarna rodzina jako remedium na wszelkie problemy (jej metonimiczny portret zawiera się w obrazie mocnego dębowego stołu w kuchni, na którym paruje miska pierogów w przyjaznym kręgu rozproszonego światła).

Musierowicz precyzyjnie i subtelnie wygrywa zapomniane acz tęskne melodie rodem z kresowych dworków, przedwojennych melodramatów, szlacheckiej patriotycznej przeszłości, kiedy to „ach, Panie, mgła była taka, że można ją było szablą ciąć!”. Irytująca jest nie sama konwencja, chwytająca za serce i momentami zabawna, ale ukryte, podskórne poczucie wyższości. Może jest ono wynikiem wpisanego w gatunek dydaktyzmu, który skłania do przyjęcia postawy mentora. Z punktu widzenia wychowawcy, zatroskanego o przyszłość pokoleń, snobizm Borejków jest nieszkodliwy i pożyteczny, ale czyż u jego źródeł nie kryje się odrzucenie i pogarda wobec wszystkich tych, którzy myślą inaczej, żyją niespokojnie, upadają, są słabi i grzeszni? Autorka przejmuje wyznawane wartości szlachecko-inteligenckie razem z całym bagażem kwestii dyskusyjnych i niewygodnych.
Jeżycjada opowiada się za tym, co słuszne i godne naśladowania, ale czyni to i w dobrym, i w złym stylu. Dobrze, że kultywuje wspomniane wcześniej wartości, źle, że uzależnia ich oddziaływanie od warunków takich jak: wychowanie się na „właściwym” podwórku, posiadanie wykształconych rodziców, bogatej biblioteki, skromnego, ale wygodnego mieszkania, posagu w postaci „kręgosłupa moralnego”, przekazanego w spadku przez rodzinę, który pozwala w obliczu trudności zawsze opowiedzieć się po słusznej stronie.

Tym samym budzi podejrzenie, że jest współczesną odmianą powieści dla panienek z dobrych domów, frustrującą lekturą dla nastoletniej absolwentki studia wizażu z małego miasteczka. Ale może się mylę, w końcu admiratorkami Autorki są nie tylko uczennice poznańskich liceów… Nie potrafię się jednak oprzeć wrażeniu, że w tekście Jeżycjady mamy do czynienia z wykluczeniem całych obszarów życia społecznego, omijaniem tematów i problemów, które nie przystają do powieściowej formuły? formy? idei? Zjawiska takie jak bunt wobec dorosłych, potrzeba akceptacji ze strony rówieśników, mozolne poszukiwanie i wykuwanie własnego „ja” nigdy nie prowadzą na niebezpieczne manowce, coś takiego jak subkultury młodzieżowe nie istnieje nawet w tle opowieści. Motywy sieroctwa, samotności, niezrozumienia, ulegają dość łatwemu „wyprasowaniu”, w finale ziarno zostaje oddzielone od plew, bohaterka błądząca porzuca złe skłonności (kłamstwo, egoizm) li tylko dzięki zbawczemu działaniu światła, płynącego z okien Roosvelta 5. Mnie, naiwnej czytelniczce Jeżycjady, mimo wszystko nie odpowiada, że depozytariuszami prawdy o tym, jak żyć, jest niewątpliwie miła, ale nieco zbyt apodyktyczna rodzina Borejków.

« wróć na stronę listy artykułów

Dodaj komentarz





Najnowszy numer


ZAMÓW NEWSLETTER


Reklama

  • Mały atlas motyli
  • Lato Adeli
  • Gwarancja kultury dla Marty Lipczyńskiej
  • ryms w empikach
  • OKO
  • Ryms na Facebook
  • Amelia i Kuba
  • Kobiety
  • IBBY Ryms upowszechnianie czytelnictwa
  • Ze zwierzyną pod pierzyną
  • Wróble na kuble
  • maly atlas ptakow
  • Arctic