Ostatnio dodane

Czeskie nowości - odsłona trzecia

Wtorek, 16 kwietnia 2019

Mała Czcionka poleca...

Czwartek, 11 kwietnia 2019

Czeskie nowości - odsłona druga, z lekkim poślizgiem, ale jest :)

Niedziela, 10 marca 2019

Bo awanturą adaptacja jest

Piątek, 1 marca 2019

Znany cykl Małej Czcionki z nowym plakatem :)

Sobota, 16 lutego 2019

 

Ostatnio komentowane

Klasycy przedwojennej ilustracji

Wtorek, 21 lipca 2015

Gdzie szukać aplikacji dla dzieci?

Piątek, 9 października 2015

Najważniejsze nagrody w dziedzinie: książka dla dzieci i młodzieży

Wtorek, 5 kwietnia 2016

Nowe szaty Andersena

Środa, 1 kwietnia 2015

Komiksowa podróż Shauna Tana

Piątek, 9 stycznia 2015

Magia bez źródeł

Wtorek, 8 czerwca 2010

Urszula Lip, Magia bez źródeł, [w:] "Ryms" nr 8, zima 2009/2010, s. 2-5.  

Cykl o Harrym Potterze stał się w ostatnich latach fenomenem na skalę światową. Zasługa to niewątpliwie bardzo sprawnie przeprowadzanych kampanii promocyjnych. Z roku na rok coraz bardziej wymyślnych, wykorzystujących multimedia i internet, połączonych nierzadko z pokazami sztuczek magicznych i wystawnymi balami kostiumowymi. „Harrypotteromania” nie ominęła także Polski, gdzie znalazła wiernych czytelników i fanów filmów. Jest to na pewno fenomen socjologiczny, który musi doczekać się wkrótce naukowej analizy.

Czarodziejska opowieść w siedmiu tomach

Co powoduje tak wielkie zainteresowanie historią, która, jeśli ją potraktować jako całość, nie jest ani konsekwentna, ani szczególnie oryginalna? Czy jest to zasługa talentu autorki, która potrafi w sposób bardzo sprawny posługiwać się słowem, czy też reklamy, która jest dźwignią handlu? A może to kwestia mody, bo po prostu nie można nie przeczytać o przygodach Harry’ego Pottera?

Być może na dwa ostatnie pytania można dać odpowiedź twierdzącą. J. K. Rowling z całą pewnością jest obdarzona wybitnym talentem pisarskim. Lektura jej książek z reguły idzie gładko, wątki (choć często wprowadzane deus ex machina) krzyżują się bez większych zgrzytów. Autorka opisuje kipiący życiem świat, plastycznie kreując rzeczywistość dnia codziennego. Na poziomie sceny jest to świat kompletny. Luki pojawiają się dopiero na wyższych poziomach, kiedy poszczególne elementy trzeba połączyć w logiczną całość. Niestety próba syntetycznego scalenia wszystkich wątków nie wyszła J. K. Rowling najlepiej.

Jeśli chodzi o reklamę i modę, można przypuszczać, że miały one niebagatelny wpływ na sprzedaż cyklu. Tak właśnie się dzieje na rynku wydawniczym – gdy jeden tytuł jest wypromowany, nie ma problemów ze sprzedażą kontynuacji. Jeśli dodamy do tego promocje w postaci powstałych na kanwie książek filmów, które notabene zaczęto kręcić po trzech latach od wydania pierwszego tomu serii, choć wiadomo było, iż powstanie tych tomów siedem, trzeba będzie zauważyć, że mamy do czynienia z sytuacją bez precedensu. Wychodzi na to, że wydawcy i filmowcy zaufali autorce, która deklarowała, iż doskonale wie, jak ma się zakończyć tworzona przez nią historia. Zaufali też czytelnicy.

Po przeanalizowaniu wszystkich siedmiu części można pokusić się o stwierdzenie, że kiedy autorka oznajmiła, iż od początku znała zakończenie swojej opowieści, ani nie skłamała, ani nie powiedziała prawdy. Wydaje się, że ostatni rozdział rzeczywiście napisała na długo przed zamknięciem fabuły – jest tak oderwany od nurtu głównej historii, że mógł powstać o wiele wcześniej, bez szkody dla kompozycji, a jego sentymentalny wydźwięk ma zapewne stanowić dla czytelnika rekompensatę za mroczne i krwawe zakończenie. Żeby jednak pozostać do końca uczciwym, trzeba bez ogródek napisać, iż historia ta, opowiedziana w siedmiu grubych tomach, jest posklecana byle jak, ma wiele luk i niedomówień, a do tego – co jest chyba największym zarzutem – bardzo trywializuje świat przedstawiony. Wątki są grubymi nićmi szyte i rzuca się w oczy ich niedopracowanie, którego przyczyną jest przede wszystkim brak koncepcji. Mam nieodparte wrażenie, że o ile w pierwszych częściach autorka widziała przed sobą cel działań bohaterów i dlatego zamykała ich przygody w tomach, o tyle w następnych wymyślała historię na poczekaniu i próbowała w miarę rozwijania się akcji połączyć wszystkie elementy w całość. Niestety, udało jej się to zrobić kosztem wiarygodności, czyli dzięki zastosowaniu chwytu deus ex machina. A to już bardzo poważny zarzut wobec historii, która mogłaby się znaleźć w kanonie lektur światowego dziedzictwa kulturowego.

Jeśli cykl o Harrym Potterze znajdzie się w owym kanonie, to tylko ze względu na wspomniany fenomen socjologiczny, a nie z powodu walorów artystycznych lub głęboko filozoficznych i uniwersalnych treści, jakie zawiera. Gdy spojrzymy na tę historię jako całość, to okaże się, że J. K. Rowling stworzyła świat ułomny, karykaturalny, będący w jakiejś mierze odbiciem naszego świata, ale w jego mrocznej wersji. Wygląda na to, że autorka założyła, iż jej książki będą „rosnąć” razem z głównym bohaterem. I one rosną – jeśli chodzi o sferę obyczajową i społeczną. Jeśli zaś chodzi o najważniejszą dla tego typu powieści sferę magii – to pozostaje ona na poziomie Harry’ego jedenastolatka. Nie rośnie z nim, nie rozwija się, nie odkrywa swoich źródeł, nie zmienia się, nie poważnieje. Prowadzi to do załamania się konwencji i efektu groteski, która – jak się wydaje – była zamierzonym zabiegiem literackim jedynie w trzech pierwszych częściach.

Słów parę o kompozycji

W trzech pierwszych książkach dominowała atmosfera zabawy. I chociaż pojawiły się w nich elementy kryminału i horroru, była to jednak wciąż jeszcze zabawa: ciągle odrastające włosy Harry’ego, listy tonami wysypujące się z kominka, różdżka ukryta w parasolu albo zabawne eksperymenty z eliksirem wielosokowym. Pierwszy zgrzyt pojawił się w "Więźniu z Azkabanu", kiedy to J. K. Rowling nie pozwoliła, by sprawiedliwość zatryumfowała – i pękła rama konwencji. Autor ma jednak prawo pisać, jak mu się podoba. Nawet pożądane jest łamanie konwencji, zabieg typowy dla fantasy. Ale jeśli autor waży się na opisywanie mechanizmów funkcjonowania świata, powinien ten świat opisywać konsekwentnie. Nie chodzi tutaj o prawdopodobieństwo na wzór świata realnego – chociaż odwołania takie się pojawiają – ale o konsekwencję wewnętrzną. Jeśli opisuje się prawa rządzące społeczeństwem, ośrodki władzy, sądownictwo itp., jednym słowem: rzeczy poważne – powinno się je opisywać w sposób wiarygodny i spójny. J. K. Rowling tego nie robi, gdyż magia w jej książkach została zdegradowana do roli rekwizytu, ornamentu, atrakcyjnego gadżetu i nie niesie ze sobą żadnych poważnych konotacji.

Przyjrzyjmy się temu problemowi dokładniej. W cyklu o Harrym Potterze nierozważne posługiwanie się magią nie ma dla kogoś, kto to robi, konsekwencji w postaci zaburzeń przepływu mocy albo równowagi magicznej. J. K. Rowling nie sili się nawet specjalnie, by wytłumaczyć związki przyczynowo-skutkowe zachodzące w magicznym świecie – nie ma prób wytłumaczenia, czym w ogóle jest magia, jakie są jej źródła i ograniczenia. Świat jest podzielony na świat czarodziejów i świat mugoli, ale jest to podział sztuczny, bo tak naprawdę świat mugoli jest po prostu częścią świata magii. Te światy się wzajemnie przenikają, mimo że przeciętny człowiek nie ma tej świadomości. Magia zatem otacza ludzi zewsząd, ale jednocześnie jest elitarna: żeby móc jej używać, trzeba się urodzić ze zdolnościami do jej pobierania, nie można po prostu nauczyć się nią posługiwać. Podobne przetworzenie motywu znajdujemy w "Czarnoksiężniku z Archipelagu" Urszuli K. Le Guin, gdzie do szkoły magii uczęszczali tylko wybrani szczęśliwcy. Szkoły magii takie jak Hogwart mają nauczyć kontroli nad swoimi mocami, a także pokazać uczniom sposoby przetwarzania magii tak, by służyła określonym celom. Tylko że w przypadku historii o Harrym Potterze nikt słowem nie wspomina o samodyscyplinie i konsekwencjach, jakie niesie ze sobą nieodpowiedzialne używanie magii.

Ged z "Czarnoksiężnika z Archipelagu", gdy nieodpowiedzialnie popisywał się sztuczkami magicznymi, poniósł tego straszliwe konsekwencje, gdyż została zachwiana równowaga w naturze. W cyklu o Harrym Potterze używanie magii nie powoduje zachwiania równowagi. Podział na czarną i białą magię w tych książkach to podział czysto teoretyczny, ponieważ wszystko zależy od tego, kto i w jakim celu się nią posługuje. Voldemortem może stać się każdy.

Magia jako ornament

Wszystko, co tu dotąd opisane, prowadzi do efektu groteski i sprawia, że świat przestaje być wiarygodny. Jedyną bowiem konsekwencją nieodpowiedzialnego używania magii w cyklu o Harrym Potterze jest natychmiastowe upomnienie z Ministerstwa Magii, gdy uczeń ośmieli się użyć czarów poza szkołą. W czwartej (sic!) klasie uczniowie poznają straszliwe Zaklęcia Niewybaczalne. Tak naprawdę jednak nic przecież nie mogłoby ich powstrzymać przed zastosowaniem tychże dla własnych, nierzadko egoistycznych, bo typowych dla wieku dojrzewania pobudek. Wśród uczniów bowiem dominują postacie moralnie dwuznaczne, które bardzo często bez konsekwencji używają magii dla własnych celów, jak Draco i jego towarzysze ze Slytherinu i oczywiście sam główny bohater. Pytanie, co powstrzymuje młodych ludzi przed używaniem tego typu zaklęć. Bo przecież nie strach przed nauczycielami albo dożywotnim zesłaniem do Azkabanu. Trudno uwierzyć, że wszyscy uczniowie są tak odpowiedzialni jak Hermiona.

Nie ma zatem żadnej kary, która spadłaby na osoby posługujące się magią, w razie gdyby użyły jej nieodpowiednio. Wygląda na to, że ktoś lub coś monitoruje działania dzieci poza szkołą, ale już w wypadku dorosłych takiej kontroli nie ma, choć trudno zrozumieć, dlaczego: prawo magiczne na to nie zezwala czy też po prostu nikt nie widzi takiej potrzeby? A już zupełnie zadziwiające jest to, że nie kontroluje się dzieci, zwłaszcza tych młodszych, podczas pobytu w Hogwarcie, gdzie mogą wyrządzić bardzo dużo szkody, chociażby zastosować w praktyce wobec nielubianych kolegów wspomniane Zaklęcia Niewybaczalne. Autorka w żaden sposób tego nie tłumaczy. Pokazuje za to świat, w którym bycie czarodziejem oznacza zabawę bez żadnych niemal konsekwencji. Świat, w którym można bezkarnie patrifikować i rzucać plagę pryszczy na kolegów i koleżanki, rzucać łajnobombami. I nawet nie przejmować się za bardzo nauką, bo jakie to ma znacznie, skoro można rzucić szkołę, jak to zrobili bliźniacy Wesleyowie.

Jak już było powiedziane, magia w cyklu o Harrym Potterze nie jest ani dobra, ani zła. To od tego, kto jej używa, zależy, w jakim celu będzie wykorzystana. W świetle opisanego braku jakiejkolwiek odpowiedzialności za korzystanie z niej nie może dziwić fakt, że świat czarodziejów jest brutalny, okrutny i pozbawiony zasad. Skoro każdy może sobie czarować na prawo i lewo – bo przecież karane są tylko dzieci, a i one jedynie za używanie czarów poza szkołą i w obecności mugoli – to trudno oczekiwać, że wszyscy będą dobrzy, szlachetni, poukładani i uczciwi. Nie ma przecież żadnego narzędzia, które wymuszałoby przyjęcie takiej postawy. Gorzej, związane są z tym poważne nielogiczności. Oto jeden charakterystyczny przykład: w świecie Harry’ego istnieje sztuka czytania w myślach i pamięci, a Snape uczy Harry’ego, jak się przed nią bronić. Dlaczego zatem odpowiednie osoby z ministerstwa nie zajęły się odczytaniem myśli Harry’ego po zabójstwie Cedrika, uśmierconego jednym z najstraszliwszych zaklęć, a więc zapewne łatwym do zidentyfikowania przez specjalistów? Dlaczego nie użyto tej umiejętności, by wyłapać Śmierciożerców po rzekomej śmierci Voldemorta i wsadzić ich do Azkabanu? Dlaczego nie zastosowano tego czaru wobec nieszczęsnego Syriusza Blacka? Zamiast korzystać z danych sobie mocy, by zatryumfowała sprawiedliwość, dorośli czarodzieje zajmują się badaniem osiągnięć techniki mugoli albo walką między sobą o urzędnicze stołki, przejawiając w większości kompletny brak odpowiedzialności i zadziwiającą krótkowzroczność.

Można w tym miejscu wysnuć przypuszczenie, że wprowadzając takie rozwiązanie, autorka chciała powiedzieć coś, co przyciąga młodego czytelnika: dorośli są głupsi niż dzieci. Tylko nastolatkowie wiedzą, że trzeba dążyć do sprawiedliwości, bo przecież dorośli nie mają pojęcia o niczym, są ograniczeni, nie myślą perspektywicznie. A więc spuszczenie na ich głowy łajnobomb wydaje się jedynym słusznym rozwiązaniem, skoro nie chcą słuchać, co dzieci mają do powiedzenia.

W tym kontekście, kiedy brak jasno zarysowanych granic, do których dorośli czarodzieje mogą się posunąć w trakcie swoich eksperymentów z magią, nie można oczekiwać, że dzieci będą inne. Kiedy więc okazują się od dorosłych mądrzejsze, zaczyna to być, nazwijmy rzecz delikatnie, naciągane. Niby istnieje niepisany kodeks moralny, wspólny przecież dla większości ludzi (nie tylko czarodziejów), który zawiera normy etycznego postępowania (na przykład wiadomo, że pod groźbą zesłania do Azkabanu nie wolno nigdy stosować Zaklęć Niewybaczalnych), ale wygląda na to, że jedynie obóz Dumbladore’a przestrzega go jako tako, przejawiając uczucia wyższe, a inni – wśród nich sam główny bohater, niestety – traktują magię jako broń służącą do likwidacji wszelkich problemów, i tych błahych, i tych bardzo poważnych.

Degradacja świata

Można zatem użyć magii do spuszczania łajnobomb na głowy kolegów i nauczycieli, ale można jej użyć także do torturowania i zabijania ludzi. I w jednym, i w drugim przypadku nie ma żadnych konsekwencji, zarówno jeśli chodzi o samą naturę magii – nikt przecież nie traci zdrowia ani życia w wyniku zaburzenia równowagi sił natury, jak to się stało z Gedem z "Czarnoksiężnika z Archipelagu" – jak i o sferę prawną, bo do straszliwego więzienia Azkabanu trafiają tylko ci, którzy po prostu mają pecha. Bywa tylko tak, że w wyniku nieostrożnych eksperymentów czasem ktoś zginie, jak matka Luny. Nikt nie strzeże tajemnic źródeł magii, bo ich po prostu nie ma. A jedyny ciekawy wątek przebłysku istnienia bytu nadrzędnego autorka ograniczyła do patronusa, dziwnego tworu, który mógłby stać się łącznikiem między odrębnymi bytami ontologicznymi, ale się nie staje, oraz sprowadzonej do marginalnej roli Tiary Przydziału (ciekawy wątek porzucony mniej więcej po czwartym tomie). Niestety, żadnego innego elementu świata „po drugiej stronie” w książkach o Harrym Potterze nie ma. Sfera sacrum, będąca w wielu książkach fantasy źródłem magii, tutaj nie istnieje.

Sprowadzenie magii do roli gadżetu ma jeszcze inną konsekwencję: powoduje jej strywializowanie i zdeformowanie. Jak już zostało wspomniane, magia nie rośnie wraz z Harrym, a jej przejawy pozostają na poziomie dziecka. Trudno poważnie traktować historię, w której czyta się o ochroniarzach sprawdzających różdżki w Ministerstwie Magii, dystyngowanych urzędnikach wyskakujących z kominków bądź też nieustannej fascynacji pana Wesleya nowinami technicznymi ze świata mugoli w postaci wybuchających toalet. Nie raziło to w pierwszych trzech częściach, bo wyglądało na to, że opowieść jest snuta z lekkim przymrużeniem oka i ma wirtualnego odbiorcę w postaci dziecka (dobrym przykładem jest tu fragment, w którym Harry – a wraz z nim czytelnik – dowiaduje się, że palenie czarownic było czymś innym, niż dotychczas sądził: podczas gdy dla mugoli czarownice płonęły na stosach, w rzeczywistości doznawały wiedźmy przyjemnych łaskotek, a udawały cierpienie, aby dać się łaskotać ogniem). W dalszych jednak częściach cyklu autorka serwuje wątki krwawe i okrutne. Opowiada o upokorzeniach, przemocy w szkole i domu, o torturach i śmierci. Odkrywa po kawałku świat pozbawiony złudzeń. Świat dorosłych czarodziejów, w którym nie ma jasnego podziału na dobrych i złych ludzi, bo właściwie każdy jest zdolny do czynienia zła (na przykład profesor Snape, dla miłości swojego życia gotów poświęcić wszystko, ale z upodobaniem dręczący nielubianych przez siebie uczniów). Elementy te – „gadżetowa” magia i okrucieństwo świata dorosłych – nie przystają do siebie, a czasami wręcz rażą infantylnością pomieszaną z bezsensownym rozlewem krwi, jak ma to miejsce w scenach finałowych książek "Harry Potter i Zakon Feniksa" oraz "Harry Potter i Insygnia Śmierci". Aż chciałoby się zapytać: po co to wszystko? Dla wywołania emocji przez odwołanie się do pierwotnych instynktów tkwiących w każdym czytelniku czy też może ze względu na przeświadczenie, że przemoc zawsze się sprzeda?

Degradacja postaci

Próba odpowiedzi na to pytanie już padła: z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, iż J. K. Rowling nie wiedziała, jak zakończyć rozpoczęte wątki. Od trzeciej części cyklu historia przestała być baśnią z elementem determinizmu moralnego właściwym wszystkim baśniom. Ewoluowała w kierunku opowieści fantasy, ale w pewnym momencie stała się mieszaniną po trosze fantasy, horroru, kryminału, opowieści obyczajowej i przygodowej, z fabułą niezwykle rozbudowaną i licznymi wątkami, wprowadzanymi w toku opowieści. Takie pomieszanie konwencji samo w sobie ma swój urok i w pierwszych częściach było strawne. Gołym okiem jednak widać, że na bieżąco wymyślana historia nie może zostać sprawnie zakończona. Informacja o homunkulusach, będąca próbą zespolenia wszystkich dotychczasowych wątków w jeden, pojawia się dopiero w szóstej części cyklu. Pytanie, dlaczego tak późno. Wygląda to dość nieporadnie i, prawdę mówiąc, w ogóle nie przekonuje.

Niekonsekwencji na poziomie konstrukcji fabuły jest wiele. Można w tym miejscu wspomnieć dziwne z punktu widzenia ewolucji postaci zachowanie Dumbledore’a w piątej części. Szesnastoletni Harry, samotny nastolatek, dręczony niezrozumiałymi wizjami, nieszczęśliwie zakochany i w dodatku pozbawiony ulubionej rozrywki, quiddicha, jest pozostawiony samemu sobie, gdyż Dumbledore – ten sam, który zawsze wspierał głównego bohatera i pomagał mu w potrzebie – przez wiele miesięcy go unika. Dlaczego? Wyjaśnienie jest zaskakująco trywialne: dyrektor Hogwartu uznał, że im mniej Harry wie o jego poczynaniach, tym lepiej dla niego. Tylko że czym innym jest unikanie w rozmowie drażliwych tematów, a czym innym unikanie rozmów w ogóle, i to w momencie, gdy szesnastolatek rozpaczliwie potrzebuje pomocy i wsparcia duchowego. Pozostawienie go bez pomocy jest po prostu niezrozumiałym okrucieństwem i w tej części cyklu zupełnie nie pasuje do konstrukcji postaci Dumbledore’a.

Innym przykładem braku koncepcji, jeśli chodzi o kreowanie postaci, jest Draco Mafloy. Początkowo miał chyba być przeciwieństwem głównego bohatera. O ile jednak Harry dojrzewa i na błędach uczy się odpowiedzialności za swoje czyny, o tyle Draco i jego towarzysze niczego się nie uczą i w ogóle się nie zmieniają – pozostają takimi samymi nikczemnymi ludźmi w wieku lat osiemnastu, jakimi byli jako dzieci, z tym że mają teraz o wiele więcej możliwości działania. Można stwierdzić, że świat tych naprawdę złych czarodziejów autorka przedstawiła na wzór czarnych charakterów z baśni z całym ich sztafażem negatywnych cech, chyba jedynie po to, by w ostatniej części Harry i jego zwolennicy mieli z kim walczyć. Przecież nie mogliby walczyć sami ze sobą.

Życie codzienne w Hogwarcie

Oczywiście nie jest tak, że cykl o Harrym Potterze to książki, które należy wyrzucić do kosza, jak mogłoby się wydać komuś, kto przeczytał dotychczasowe krytyczne uwagi. Ten cykl ma wiele zalet. A jedną z największych, przyciągającą do niego młodych czytelników, jest bardzo wiarygodne przedstawienie życia obyczajowego nastoletnich uczniów Hogwartu. Jeśli pominąć kwestie związane z odpowiedzialnością za bezkarne używanie magii, problemy okresu dojrzewania dziewcząt i chłopców opisane zostały w książkach w sposób subtelny, a jednocześnie prawdziwy, zwłaszcza kwestia zmiennych emocji, tak typowych dla okresu dojrzewania. Za sztandarowy przykład może tu posłużyć główny bohater. Jego postępowanie, kiedy dorasta i zaczyna wchodzić w dorosłe życie, niewiele się różni, trzeba przyznać, od postępowania Draco Mafloya i jego kompanów. Wygląda na to, że Tiara Przydziału słusznie chciała go przydzielić do Slytherinu. Cechuje go typowy dla młodzieńców w tym wieku egocentryzm i przewrażliwienie. Można pokusić się o stwierdzenie, iż Harry dość często uznaje zasadę: cel uświęca środki. Bez żenady korzysta ze swojej peleryny niewidki, by podsłuchiwać prywatne rozmowy, ściąga na lekcjach, korzysta z cudzych osiągnięć, stosuje szantaż i manipulację, by coś uzyskać, i nie ma z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Taka konstrukcja głównego bohatera, mającego być zgodnie z założeniem bohaterem pozytywnym, jest dość interesująca. Czyni go bowiem bardziej ludzkim, choć powoduje, że czytelnik nie zawsze darzy go sympatią. Jego przyjaciele, Ron i Hermiona, także zostali przedstawieni w sposób wiarygodny. A ich przyjaźń i lojalność wobec Harry’ego są godne podziwu.

Spośród licznych postaci nauczycieli wyróżnia się Dolores Umbrige, Wielki Inkwizytor. Skupia w sobie cechy wszystkich okrutnych nauczycieli, jakich nosił ten świat, i niejako automatycznie wywołuje odrazę – żeby nie powiedzieć: nienawiść, tym bardziej że nie ma sposobu, by się jej przeciwstawić lub ją pokonać. Ta bezsilność wywołuje złość – i u bohaterów, i u czytelnika. Metody Dolores Umbrige są bezprawne i okrutne, więc w pewnej chwili czytelnik myśli, że nic nie sprawiłoby mu większej przyjemności niż spuszczenie ohydnej nauczycielki ze schodów. Z retorycznego punktu widzenia jest to zabieg udany, chociaż kara, jaka w końcu spotyka Umbrige, nie wywołuje w czytelniku uczucia satysfakcji. Bo cóż to jest demencja wobec ogromu nieszczęść, jakie ściągnęła na szkołę okrutna nauczycielka! Wydawałoby się, że Umbrige należy się kilka lat w Azkabanie, a nie zwykła amnezja spowodowana szokiem.

Bardzo dobrze i w sposób wiarygodny opisała pani Rowling jeszcze jedno ważne zjawisko: wpływ prasy na społeczeństwo. Prawdą jest, że media kształtują opinię publiczną i wpływają na postawy odbiorców. Ze zrozumiałych względów autorka nie mogła posłużyć się przykładem telewizji, więc wybrała prasę. I udało jej się ukazać, jak łatwo można zmanipulować niezorientowanego czytelnika przez wprowadzanie komentarzy zamiast faktów i przypuszczeń w miejsce argumentów. Udało jej się też pokazać, że media to broń obosieczna – mogą służyć zarówno do podważenia zaufania do Harry’ego, jak i do podbudowania tego zaufania.

Można wreszcie napisać słów kilka o komercjalizacji niektórych elementów z tego cyklu, i nie będzie to zarzut, lecz raczej komplement. Chodzi tu o toposy i wątki żywcem wzięte z kultury popularnej (książek, filmów, komiksów, gier komputerowych itd.) i zręcznie przetworzone przez autorkę: o zombie, potwory (w kreowaniu „odjechanych” stworów J. K. Rowling jest naprawdę dobra), niebezpieczną wariatkę z morderczym narzędziem (Bellatrix), zamianę człowieka na jego krwiożerczą kopię (profesor Moody), brzydkie kaczątko (Hermiona), wilkołaka na odwyku (Lupin), błędnego rycerza biegającego po obrazach i wiele innych. Elementy te wzbogacają warstwę narracyjną utworu i ożywiają świat przedstawiony.

Niebezpieczeństwo?

Choć nie wydaje mi się, by cykl książek o Harrym Potterze okazał się wartościową lekturą dla dzieci i młodzieży, to jednak uważam, że może on przynieść czytelnikowi wiele korzyści. W dobie bowiem dominacji obrazu – gdy kontakt ze słowem pisanym jest coraz rzadszy, a lektury szkolne młodzi ludzie poznają często w postaci streszczeń – czytanie książek, nawet tak bardzo skomercjalizowanych, jeśli chodzi o treść, i pisanych bez wyraźnej koncepcji całości, jest nad wyraz pożądane. Cykl ten jest paradoksalnie o tyle bliższy młodemu czytelnikowi, że świat, w którym żyjemy, wielu nastolatkom jawi się jako chaotyczny, pozbawiony zasad i wartości, a więc rzeczywistość, jaką stworzyła J. K. Rowling, może stać się alternatywą, ucieczką od niebezpiecznego świata wokół. Zwłaszcza że język tych książek jest prosty, a słownictwo dostosowane do poziomu nastoletniego odbiorcy. Rekompensatę za okrucieństwo, przemoc i niesprawiedliwość, obecne w nich od trzeciej części i kumulujące się w ostatniej, stanowią inne elementy i relacje, wywołujące pozytywne emocje, takie jak miłość wśród członków rodziny, przyjaźń wbrew przeciwnościom losu, poświęcenie dla drugiego człowieka, odwaga i lojalność, wreszcie – spokój i szczęście, choć zaprawione nutką goryczy i żalu za tymi, którzy odeszli. Świat przedstawiony, choć niekonsekwentny i ułomny z powodu strywializowania magii, jest pełen życia i elementów znanych czytelnikowi z kultury popularnej.

To prawda, że nie można tego cyklu zaliczyć do arcydzieł literatury światowej, że cała historia jest niespójna i pełna nielogiczności. Zarazem jednak nie można jej odmówić swoistego uroku. Na pewno działa na wyobraźnię i w nastoletnim czytelniku uruchamia tęsknotę za szkołą, w której można się świetnie bawić, a nie tylko uczyć, w dorosłym zaś – za czasami beztroskiego dzieciństwa, do którego wielu z nas chciałoby powrócić.

« wróć na stronę listy artykułów

Dodaj komentarz





Najnowszy numer


ZAMÓW NEWSLETTER


Reklama

  • Lato Adeli
  • ryms w empikach
  • Ze zwierzyną pod pierzyną
  • Gwarancja kultury dla Marty Lipczyńskiej
  • Ryms na Facebook
  • Amelia i Kuba
  • OKO
  • IBBY Ryms upowszechnianie czytelnictwa
  • Arctic
  • Wróble na kuble
  • Plasterek