Ostatnio dodane

Halo, tu Ula! Czyli kolejna odsłona czeskich nowinek

Czwartek, 31 października 2019

Co wydają za granicą? Mała Czcionka poleca!

Środa, 16 października 2019

Dwieście lat, Tintinie!

Wtorek, 24 września 2019

Ucieknijcie ze szkoły. To się opłaca

Wtorek, 17 września 2019

Ryms z kavką, czyli nowy cykl o... książkach! Część 1

Piątek, 13 września 2019

 

Ostatnio komentowane

Klasycy przedwojennej ilustracji

Wtorek, 21 lipca 2015

Gdzie szukać aplikacji dla dzieci?

Piątek, 9 października 2015

Najważniejsze nagrody w dziedzinie: książka dla dzieci i młodzieży

Wtorek, 5 kwietnia 2016

Nowe szaty Andersena

Środa, 1 kwietnia 2015

Komiksowa podróż Shauna Tana

Piątek, 9 stycznia 2015

Ucieknijcie ze szkoły. To się opłaca

Wtorek, 17 września 2019

 

 

 

Nie ma chyba drugiego miejsca, w którym spędzalibyśmy w życiu tylu czasu, co w szkole. Nie ma też chyba drugiego miejsca, do którego bardziej pasowałoby stwierdzenie Milana Kundery: „Życie jest gdzie indziej”.

Szkoła to twór straszliwie sztuczny. Pomyślcie: wszyscy w grupie urodzili się w tym samym roku. Wszyscy w tym samym czasie mają robić to samo. Wszyscy w tym samym czasie mają umieć to samo. Na dodatek ów czas przeznaczony na opanowanie tych umiejętności jest ściśle określony. Zarówno podczas dnia, jak i roku szkolnego.

Każdy z nas prawdopodobnie właśnie taką szkołę kończył, więc już dawno przestało nas to dziwić. Ja jednak lubię odsuwać się od rzeczy oczywistych na dwa kroki i przyglądać się im całkiem na nowo. Dziwna ta szkoła. Ma przygotowywać do życia, ale życie jest poza nią.

Po cóż więc w niej siedzieć? No dobra, trochę siedzę, rzeczywiście. Ale kiedy tylko mogę, staram się z niej wychodzić i dotykać Życia Prawdziwego. Jestem lotnym, wędrownym nauczycielem. I bardzo to lubię. Namawiam też do tego innych nauczycieli, co w moim przypadku nie jest takie trudne – prowadzę własną szkołę.

Uważam jednak, że każdy nauczyciel, nawet w szkole najbardziej systemowej, może i powinien wyściubić nos ze szkolnych murów. Że strata cennych lekcji i kiedy zrealizujemy cały ten program? Mówię wam, opłaci się to z nawiązką.

Po chleb do piekarni

Zaczynam oczywiście od planowania. Kiedy przed rozpoczęciem roku szkolnego myślę, co będę robić z daną klasą, zawsze sprawdzam, co w związku z tym mogę im po- kazać poza szkołą, gdzie możemy pójść. Żeby było w tym więcej sensu, gadam o tym z nauczycielami innych przedmiotów – często z jednego wyjścia korzystamy razem i każdy piecze własną pieczeń. Warunek, żeby to się powiodło – dzieci muszą być przygotowane do tego, co zobaczą. Albo też to, co zobaczą, powinno być punktem wyjścia do tego, co będziemy potem robić na lekcji. Wycieczka dla samej wycieczki, w oderwaniu od tematu lekcji, to zwykła starta czasu. Z tym samym skutkiem można iść na plac zabaw. Warunkiem powodzenia całego przedsięwzięcia jest więc dobre planowanie.

Garść przykładów? Jestem polonistką i nauczycielką edukacji wczesnoszkolnej.

W klasie trzeciej zaplanowałam sobie kiedyś temat: skąd się bierze chleb. Klasyczna historia, niemal w każdym podręczniku do edukacji wczesnoszkolnej. Zadzwoniłam więc do lokalnej piekarni (nasza szkoła mieści się na wsi pod Warszawą). Przyjęli nas z entuzjazmem. Po obejrzeniu, jak chleb się wyrabia, zawinięciu własnych chałek, w szkole wyhodowaliśmy z mąki razowej i wody własny zakwas. Żaden to kłopot, a uciechy co niemiara. Podzieliłam klasę na trzy grupy i zrobiliśmy to na zasadzie eksperymentu: przeczytaliśmy, czego i w jakich proporcjach potrzeba do zakwasu, zgromadziliśmy środki, każdego dnia kolejni dyżurni z grupy dosypywali mąkę i dolewali wodę, a potem noto- wali w notesach swoje kroki. Jeden słoik stał w chłodnym miejscu, drugi w ciepłym, trzeci w obojętnym. Codziennie patrzyliśmy też, co się zmienia w naszych słoikach. Po tygodniu upiekliśmy chleb. Jak w prawdziwej piekarni. Jak myślicie, ile dzieci pamiętają z tego działania? W porównaniu do grupy, która uczyła się o tym z podręcznika?

Z tą samą klasą uczyliśmy się o rycerzach. Dowiedzieliśmy się, kim byli, jak wyglądali, dlaczego mieszkali w zamkach i jak takie zamki powstawały. A potem pojechaliśmy na dwudniową wycieczkę trasą zamków krzyżackich. Jeden z nich zwiedzaliśmy nocą z pochodniami. Oglądaliśmy inscenizowany turniej rycerski, spaliśmy w zamku, strzelaliśmy z kuszy i łuku, przebieraliśmy się za rycerzy, zwiedziliśmy Toruń i dowiedzieliśmy się, jak powstawały kiedyś takie miasta. Dzieci, przygotowane do tej wycieczki, zada- wały ciekawe pytania, robiły notatki (to było obowiązkowe). A po powrocie przygotowaliśmy jeszcze plakaty (w podziale na grupy). W tym czasie V klasa z mozołem uczyła się o czasach rycerskich, zamkach i zakonie krzyżackim z podręcznika. Klasa III mogła ich zagiąć na każdy rycerski temat. I jeszcze przy tym dobrze się bawiła.

Po Szekspira do teatru

Z klasą VI miałam ambitniejsze plany. Postanowiłam, że porozmawiamy o teatrze dawniej i dziś oraz że poznamy Romea i Julię. Gdzie szukać obecnego w kulturze motywu miłości nieszczęśliwej, jak nie w tym drama- cie sprzed kilkuset lat?

Ale nie, nie kazałam nikomu od razu brnąć przez wersy Szekspira. Na początek obejrzeliśmy filmy Zakochany Szekspir oraz Anonimus. jeden mówił o tym, jak ów dramat mógł powstać, drugi – stawiał pod znakiem zapytania to, czy Szekspir istniał naprawdę. Tak zaciekawione dzieci miały za zadanie przeczytać dobrą literacką adaptację sztuki prozą, by w ogóle opanować fabułę dramatu (polecam Opowieści szekspirowskie Leona Garfielda). Następnie obejrzeliśmy fragmenty filmu Elizabeth, by poznać realia epoki. Potem zaś byliśmy na musicalu Romeo i Julia, który był bardzo nowoczesną adaptacją (przy tej okazji nauczyłam dzieci pisać sprawozdanie i recenzję).

Wystawiliśmy w szkole scenę balkonową. Moi uczniowie zmierzyli się z opisem przeżyć wewnętrznych Julii i Romea, a na sam koniec pojechaliśmy do Gdańska, znajduje się tam bowiem Gdański Teatr Szekspirowski, który jest cudowną rekonstrukcją teatru elżbietańskiego. Obejrzeliśmy go dokładnie i mieliśmy w nim warsztaty na motywach pierwszej sceny Makbeta (tej z czarownicami). Obejrzeliśmy jej rozmaite adaptacje i spróbowaliśmy w grupach sami ją wystawić.

Przy okazji z wycieczki do Gdańska skorzystała także nauczycielka historii, która wybrała się z nami. Klasa VI zakończyła temat „Solidarności”, jeden dzień poświęciliśmy więc na ECS i mieliśmy tam warsztaty o tym, jak powstała „Solidarność” oraz jak żyło się w PRL-u.

W przyszłym roku planuję z tą samą klasą zobaczyć Cricotekę w Krakowie i kulisy Teatru Wielkiego w Warszawie – przypomnimy sobie, co wiemy już o historii teatru, i zobaczymy, jak teatry mogą się różnić.

Przykłady można mnożyć. Omawiam z IV klasą balladę Mickiewicza, wybieramy się więc do Muzeum Literatury. Jakże inaczej czyta się potem wiersze kogoś, o kim się już trochę wie, a nawet oglądało jego obgryzione pióro, którym pisał, i na własne oczy widziało się jego zapiski, a przewodnik opowiadał, że Mickiewicz okropnie bazgrolił, bo cierpiał na dysleksję.

Mówimy o lekturze związanej z kulturą żydowską, chodźmy zatem do Muzeum Żydów Polskich Polin na warsztaty o tej kulturze, zaprośmy do szkoły dziewczynki, które uczą się w warszawskiej szkole im. Laudera Morasha, a ze starszą klasą pójdźmy zobaczyć synagogę (przy okazji zrobimy temat z historii o wielkich systemach religijnych). Mamy się nauczyć opisu obrazu?

Chodźmy na cały dzień do Muzeum Narodowego. Pani na plastyce zrobi teoretyczne wprowadzenie, na co zwracać uwagę w kom- pozycji obrazu, ja na polskim opowiem, jak to opisać, a w Muzeum każdy znajdzie obraz, który mu odpowiada, poszpera w telefonie, szukając informacji o artyście, i naprawdę opisze to, co widzi.

Po wodę do rowu

Myślicie sobie, że nam łatwo, bo mamy Warszawę w zasięgu ręki? Wielu nauczy- cieli ma i wcale z tego nie korzysta. Dla nas wyprawa do Warszawy to też cały dzień, i to wcale niełatwe. Ale w każdej miejscowości można wyjść ze szkoły.

Nasza pani od przyrody nieustannie tapla się z dziećmi z przydrożnym rowie (kalosze to obowiązkowe obuwie na tę lekcję). Pobierają wodę do badań, oglądają ją pod mikroskopem. Wiosną patrzą, jak rozwija się skrzek. Dzieci z nauczycielem oglądają porosty na drzewach i stosują tzw. skalę porostową, by sprawdzić, jak zanieczyszczone jest u nas powietrze.

Matematyczka razem z przyrodnikiem wymyślili projekt, podczas którego trzeba zrobić mapę zagajnika przy szkole i policzyć, ile rośnie w nim zawilców (stosowali skalę oraz statystykę: wyznaczyli obszar metra kwadratowego i przeliczyli na nim te zawilce, potem sprawdzili, ile metrów kwadratowych ma zagajnik).

Na historii przy okazji tematu o małych ojczyznach dzieci wybrały się na spacer z lokalną drużyną harcerską. Harcerze pokazali ciekawe miejsca w okolicy i opowiedzieli ich historię. Kiedy na historii pojawiał się temat o tym, jak jest zorganizowane państwo, wybraliśmy się do naszego urzędu gminy, żeby pogadać z burmistrzem i zobaczyć, jak jest zorganizowany samorząd. To zresztą ciekawy punkt wyjścia do rozmowy o roli samorządu szkolnego.

Na przyrodzie tropiliśmy lokalne pomniki przyrody i robiliśmy sobie przy nich selfie. No, długo by gadać. Takie rzeczy można robić wszędzie. I na wsi, i w mieście. Miasta mają tę zaletę, że są w nich obiekty kultury, które często oferują fantastyczne warsztaty, które z kolei można świetnie dopasować do tego, co się robi na lekcji.

Na niektóre wycieczki – wycieczki marzeń (szósta klasa marzy o wyjeździe do Londynu) – sami zarabiamy pieniądze. Dzieci robią kiermasze śniadaniowe, przygotowują jedzenie, sprzedają je, a fundusze zbierają na wyjazd.

Zdarza nam się też, że z dziećmi z klas IV, które zaczynają uczyć się historii, jedziemy na dwudniową wycieczkę historyczną w Polskę. Na przykład tropami początków państwa polskiego. Pokazujemy, opowiadamy, dotykamy. Snujemy Wielkie Opowieści – o których nauczyła np. Maria Montessori. Nie miały one jedynie „nauczyć”, ale wywołać efekt wow! Bo nauka jest świetna, ciekawa i taka… życiowa.

Nauczamy więc, wędrując i spacerując, jak arystotelesowscy perypatetycy.Uciekamy ze szkoły, by do niej wrócić pełni wrażeń, wspomnień i tematów do rozmów.

Przynosimy do niej życie.

Olga Woźniak, dziennikarka, nauczycielka, psycholog i mama syna z głęboką dysleksją, artykuł ukazał się w 35 nr. kwartalnika "Rymsa"

« wróć na stronę listy artykułów

Dodaj komentarz





Najnowszy numer


ZAMÓW NEWSLETTER


Reklama

  • Gwarancja kultury dla Marty Lipczyńskiej
  • Arctic
  • IBBY Ryms upowszechnianie czytelnictwa
  • OKO
  • 12 miesięcy
  • Lato Adeli
  • Żółwik
  • Ze zwierzyną pod pierzyną
  • ryms w empikach
  • Wróble na kuble
  • Ryms na Facebook
  • czaple