Jedzenie za jeden uśmiech, czyli parakulinarność Doroty Masłowskiej

Niedziela, 15 kwietnia 2018

 

 

Zacznę od tego, kim jestem. W stanie wojennym chodziłam do żłobka, którego podwórko stykało się z podwórkiem przedszkola mojej siostry. Spotykałyśmy się czasem przy płotku, żeby popłakać sobie w rękawy z powodu zup mlecznych najgorszego sortu, które wmuszał w nas nieprzejednany w tej kwestii personel. Do szkoły poszłam tuż przed transformacją ustrojową, tak więc posiadam tylko jedno czarno-białe zdjęcie dzieci ubranych w identyczne mundurki non-iron. W kolejnym roku szkolnym (1989/1990) tata kupił telewizor na pilota, satelitę oraz video, dzięki czemu finałem mojego przyjęcia komunijnego było wspólne oglądanie pierwszego filmiku rodzinnego (w rolach głównych – uginające się stoły i skrępowana kamerą rodzina). Notabene w prezencie komunijnym dostałam oryginalną Barbie, z czym nie ma najmniejszego problemu poetka Agnieszka Wolny-Hamkało, a czego zupełne nie rozumie poeta Marcin Baran – tak bym streściła żywo obecne w moim życiu kwestie pokoleniowe i gender. Jako dziecko nieprzyzwoicie rozpuszczone pod względem żywieniowym (jeden dziadek miał dobrze prosperujące gospodarstwo, a drugi handlował na bazarze owocami egzotycznymi i słodyczami z Niemiec) od czasu do czasu miewałam „fazę” na smażone szyjki kurczaków, szynkę z puszki, cienkie parówki w folii z czerwonym nadrukiem czy bigos, zwykle jednak posilałam się chlebem z majonezem, potrawką z kurczaka, pizzą oraz frytkami z mikrofali, chipsami, słodyczami i napojami gazowanymi (lata 90.!). Resztę lekceważyłam, bo niczego mi przecież nie brakowało. W liceum za najlepsze śniadanie na świecie uważałam chleb razowy z serem edamskim, zapijany colą z puszki, a ideałem, do którego postanowiłam dążyć, uczyniłam żywot Borejków. W efekcie naszą kuchnię co rusz nawiedzały hordy rozgadanych i rozplotkowanych humanistów (wpierw gorąca herbata i stosy grzanek, potem – ni stąd, ni zowąd – kawa, papierosy i puszkowane piwo). I choć bez większych przeszkód zdałam na filologię klasyczną, a w końcu nawet zamieszkałam na poznańskich Jeżycach, to jednak studia okazały się czasem deziluzji. Dycha dziennie na jedzenie zmusiła mnie do „odkrycia” dyskontów, dzięki którym migiem pojęłam, że „więcej” i „taniej” wcale nie syci (a tym bardziej – nie satysfakcjonuje). Jedzenie – dotąd oczywiste i przeźroczyste (jak oddychanie) – stało się teraz tematem obsesyjnych myśli i snutych podczas wykładów marzeń. Przepadł gdzieś cechujący mnie niegdyś stoicyzm – dość powiedzieć, że podszyte gniewem i niespełnieniem myśli zaczęłam formułować w nerwowo wypowiadane słowa. Naturalnie z Borejkami było mi już zupełnie nie po drodze, bo przeżywszy moment krytyczny – zaliczyłam zwrot polityczny. Odtąd jedzenie stało się w moim życiu kwestią polityczną, ale i etyczną, estetyczną, obyczajową. Kwestią po dziś dzień zresztą nierozwiązaną, acz wszechobecną. Słowem, stało się ANGAŻUJĄCE I ZOBOWIĄZUJĄCE. Tyle w teorii, w praktyce bowiem od lat miotam się między postawą „jeść, żeby żyć” a koncepcją „żyć, żeby jeść”. Epizody weganizmu odreagowuję bezkrytyczną konsumpcją. Zachwycam się Kronikami wina Marka Bieńczyka, choć alkoholu nie cierpię i jeśli w ogóle go pijam, to nie dla walorów smakowych. Wiosną biegam na targi śniadaniowe, a jesienią nawracam się na dyskonty (mam już nawet własnego świeżaka). Raz imponują mi poeci-freeganie (Konrad Góra i Robert Rybicki), innym razem wysumblimowany kulinarnie i poetycko Tadeusz Pióro. Ponadto doskonale rozumiem dylemat „smażyć frytki czy pisać doktorat” (to z wiersza [beep] generation Tomasza Bąka), a czytając Więcej niż możesz zjeść Doroty Masłowskiej, co rusz pokrzykuję: „ojej, mam dokładnie tak samo”. No właśnie – „felietony parakulinarne” Masłowskiej najadekwatniej oddają moje codzienne rozterki oraz życiową hipokryzję. Nie znam książki realistyczniej relacjonującej moje boje na tym polu! Bo przecież to właśnie ja w toku potwornie długiej i dojmująco niskobudżetowej podróży po Indiach na napotykane raz po raz restauracje McDonald’s mówiłam „dom”. To właśnie ja, odmówiwszy niedawno krewetek (nie jadam zwierząt podawanych w całości), skosztowałam… ogon bobra (gram, może dwa gramy). Reasumując, kiedy czytam "Więcej niż możesz zjeść", czuję się wyrażona, w pełni zrozumiana, choć jednocześnie zdemaskowana.

W książce Masłowskiej najbardziej lubię fragment o niemożności zjedzenie „króliczka”: „jako osoba wrażliwa, do swobodnego przełykania ciał braci mniejszych potrzebuję jeszcze, by były one jednorodną bryłą lub masą, niezdradzającą szczegółów dawnego życia, śladów, że tą masą jednak jeszcze niedawno nie były”. Znam to! Jeśli mięso, to porządnie wysmażona lub uduszona szynka, ewentualnie polędwica lub filet. I koniecznie ze świnki, kurczaka albo ryby. Wszystko inne (w tym także banalna kaczka i jakże powszechny indyk) to dla mnie „króliczek”. Udka, wątróbka, serduszka, skrzydełka to też „króliczek”. Ponadto Masłowska niesłychanie realistycznie relacjonuje w swej książce ogólnopolskie zwyczaje kulinarne („suche drożdżówki z nieistniejącym nadzieniem, pierogi leniwe z żółtym tłuszczem spożywczym, żylaste kebaby i zupki chińskie […] makaron z serem, bułkę jarską ze sklepiku szkolnego {ogórek+keczup}, mrożoną pizzę, piwo Książ, jajecznicę na oleju”), lecz najakuratniej opisuje te sytuacje, których sednem jest tytułowe „więcej niż możesz zjeść”, a zatem wczasy „all inclusive” (cudny rozdzialik) oraz kuchnię amerykańską. Felietonistka mierzy się więc z problemem ketchupu i frytek, które Amerykanie dodają do każdego niemalże dania – do „frytek w panierce oraz pizzy obłożonej makaronem (naprawdę!)”, co „napije bawi, potem uczy, w międzyczasie tuczy, a na końcu przeraża”. Pyta również, dlaczego próbując kupić kanapkę, ma do wyboru „tylko zestawy: dwie kanapki i paczka chipsów albo dwie kanapki i dwie inne kanapki gratis?”. Hmm… Może dlatego, że w epoce późnego kapitalizmu klamki nabywa się w „salonie klamek”, chleb – w „galerii wypieków”, a jedzenie nie tyle się je, co „ćpa” (tę kwestię również Masłowska zasadnie wyeksplikowała w swych tekstach).

Nie wiem, jak to się stało, że „kuchenne rewolucje” w tym kraju przeprowadza klnąca jak szewc herold-baba, a bycia damą uczy… klnąca jak szewc celebrytka. Dla Masłowskiej trafne (oraz zabawne) opisywanie tego typu fenomenów kulturowych to bułka z masłem – udatnie czyni to zarówno w „parakulinariach” zebranych w książkę w 2014 roku, jak i w opublikowanym kilka miesięcy temu tomie "Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc w domu". Przy czym "Więcej niż możesz zjeść" to lektura obowiązkowa – dlatego obdarowuję nią wszystkie znajome dziewczynki (oraz dziewczyny). Masłowska bowiem ma rację, sugestywnie podpowiadając, że jedzenie nie gwarantuje zdrowia, szczęścia ani spełnienia. Przeciwnie – to w gruncie rzeczy krótki pasek, a my jesteśmy przytroczeni do jego końca. Słowem, im więcej jemy tudzież im więcej uwagi poświęcamy jedzeniu, tym krócej ów pasek nas trzyma.

Dziewczęciem będąc, spotkałam na koncercie rockowym chłopca w typie Jima Morrisona. Jakieś dziewczyny obdarowały go paczuszką chipsów i bułką pszenną, a on nafaszerował bułę chipsami, zjadł ją, uśmiechnął się, skłonił i poszedł przed siebie. Więcej go nie spotkałam. Zabieram czasem syna na nietaniego burgera z purée ziemniaczanym oraz frytkami – uwielbiam to danie, lecz ciągle myślę o tamtej bułce z chipsami, która Morrisonowi przypadła w udziale ot tak, bez najmniejszego trudu, za jeden uśmiech. Takie właśnie – NIEZOBOWIĄZUJĄCE – powinno być jedzenie (tego problemu również dotyka „moja” Masłowska). Sęk w tym, że nieangażujące jedzenie to niezwykle rzadkie zjawisko. Co zrobić, by było powszechne? Tego niestety nie wiem.

 

Karolina Felberg-Sendecka, artykuł ukazał się w 31. kwartalnika "Ryms"

« wróć na stronę listy artykułów

Dodaj komentarz





Najnowszy numer


ZAMÓW NEWSLETTER


Reklama

  • zbuntowany elektron
  • Arctic
  • IBBY Ryms upowszechnianie czytelnictwa
  • OKO
  • ryms w empikach
  • ksiazka za dyche
  • Gwarancja kultury dla Marty Lipczyńskiej
  • prosiaczek
  • maly atlas ptakow
  • jajo
  • Ryms na Facebook