Ostatnio dodane

Halo, tu Ula! Czyli kolejna odsłona czeskich nowinek

Czwartek, 31 października 2019

Co wydają za granicą? Mała Czcionka poleca!

Środa, 16 października 2019

Dwieście lat, Tintinie!

Wtorek, 24 września 2019

Ucieknijcie ze szkoły. To się opłaca

Wtorek, 17 września 2019

Ryms z kavką, czyli nowy cykl o... książkach! Część 1

Piątek, 13 września 2019

 

Ostatnio komentowane

Klasycy przedwojennej ilustracji

Wtorek, 21 lipca 2015

Gdzie szukać aplikacji dla dzieci?

Piątek, 9 października 2015

Najważniejsze nagrody w dziedzinie: książka dla dzieci i młodzieży

Wtorek, 5 kwietnia 2016

Nowe szaty Andersena

Środa, 1 kwietnia 2015

Komiksowa podróż Shauna Tana

Piątek, 9 stycznia 2015

Pomysły są jak podarunki

Piątek, 14 grudnia 2012

Wydaje mi się ważne, by czuć, czego dziecko potrzebuje, czego oczekuje. Dzieci to bardzo prawdziwi ludzie. Są też niezwykle wymagającymi odbiorcami, dlatego w adresowanych do nich książkach musi być prawda - mówi w rozmowie z Marią Borzęcką Eveline Hasler, pisarka, autorka "Króla liter" (Wydawnictwo Hokus-Pokus).

Ronco koło Ascony. Mała wieś na stromym zboczu, nad ogromnym jeziorem Lago Maggiore. Autobus wspina się z trudem pod górę. Eveline Hasler czeka na mnie na przystanku autobusowym, z kamelią ze swego ogródka w ręku. Znałam ją tylko z fotografii na wielu książkach.

Ciepły uśmiech, delikatność. Zaprasza mnie na lunch do włoskiej trattorii; jesteśmy we włoskiej części Szwajcarii. Padrone Guiseppe usadza nas przy stoliku w takim miejscu, z którego mamy piękny widok na jezioro. Pani Hasler i właściciel rozmawiają po włosku jak starzy znajomi. Padrone przeczytał wiele jej książek. – Peppino?! Si! – przechodząc koło stolika, włącza się do rozmowy. (Peppino to bohater jednej z książek dla dzieci, który pochodzi z Elby). Lasagne własnej roboty prosto z pieca.

Eveline Hasler była w Polsce dwa razy. Widziała Warszawę, zachwyciła się Krakowem. Pamięta muzykę klezmerską, koncert chopinowski. Współczuje z powodu tragicznego wypadku samolotowego. Polska kojarzy jej się też z tragedią, z doświadczeniem. Druga wojna, komunizm, Solidarność i teraz…

Poobiednią rozmowę prowadzimy na tarasie jej domu kilka kroków od trattorii. Przez cały czas towarzyszy nam śpiew ptaków. W ogrodzie piękne drzewka kamelii, obsypane kwieciem podobnym do róż. "Drzewko dla Filippo" – przychodzi mi na myśl. Tak, wszystko zaczęło się od książki "Drzewko dla Filippo", która wpadła mi w ręce w Bibliotece Książki Dziecięcej w Warszawie.

Na ścianie w salonie oryginał rysunku Józefa Wilkonia do tej książki. Widać na nim gęstą zabudowę Wenecji, dalej zarys kanałów, gondole, a na pierwszym planie starą Filomenę w oknie z ptaszkiem w klatce. Filippo stoi radosny i rozmawia z sąsiadką. Radosny, bo zaczęły się wakacje.

Eveline Hasler: Historia współpracy z Wilkoniem jest bardzo ciekawa – zaczyna moja gospodyni. – W 1973 roku zaproponowano mi, młodej pisarce, żebym wybrała autora ilustracji do książki "Drzewko dla Filippo". Wybrałam Józefa Wilkonia. Wspaniały artysta. Wydawca, Atlantis, pochwalił mój wybór, dobry smak. A Wilkoniowi spodobała się moja opowieść. Znał Wenecję. Zrobił przepiękne ilustracje. Można na nie patrzeć i patrzeć. Tak mi się spodobały, że poprosiłam, by mi jedną sprzedał. Z Józefem Wilkoniem zrobiliśmy jeszcze jedną książkę, w zupełnie innej, ciemnej tonacji. Opowieść o nietoperzach żyjących w wieży, które muszą przenieść się do innej wieży. Józef powiedział wtedy, że to historia o emigracji, o artyście zmuszonym do opuszczenia ojczyzny, o nim samym.

Maria Borzęcka: Skąd czerpie Pani pomysły do swoich książek dla dzieci? Żeby tak pisać, trzeba dobrze znać dziecko.

E.H.: Najważniejsze, żeby człowiek zachował dziecko w sobie. Żeby miał w sobie zdolność do zabawy, do tworzenia. Twórcy zachowują to wewnętrzne dziecko przez całe życie. A pomysły są jak podarunki – przychodzą. Czasami dotyczą konkretnej sprawy. Na przykład wówczas, gdy widzi się, jak ciężko jest w szkole dzieciom emigrantów. Miejscowe dzieci nie zauważają ich trudności. Nie dostrzegają, że emigranci też mają swoją ojczyznę, może piękniejszą od naszej. Że brakuje im tej ojczyzny, tęsknią i trzeba być dla nich miłym, żeby mogli się tu zadomowić. Tak rodzi się pomysł. Dzięki realnemu kontaktowi z dziećmi.

M.B.: Studiowała pani psychologię. Czy ta wiedza pomaga w pisaniu książek dla dzieci?

E.H.: Kiedy piszę, nie myślę o psychologii. Znaczniej ważniejsze jest doświadczenie zdobyte dzięki kontaktom z dziećmi.

M.B.: Wyczuwa się w pani książkach wielką wrażliwość, znajomość dziecięcego ducha, dziecięcej psychiki. Dziecko w tych książkach jest prawdziwe.

E.H.: Wydaje mi się ważne, by czuć, czego dziecko potrzebuje, czego oczekuje. Dzieci to bardzo prawdziwi ludzie. Są też niezwykle wymagającymi odbiorcami, dlatego w adresowanych do nich książkach musi być prawda.

M.B.: Pani książki dotykają problemu biedy, samotności, bycia obcym w jakimś kraju, w grupie społecznej, ale też problemów w szkole z czytaniem i pisaniem. Wie pani o tych problemach od swoich dzięki czy od innych?

E.H.: I od swoich, i od innych. Krótko uczyłam w szkole podstawowej. Doświadczyłam, że niełatwo jest wprowadzić dziecko w świat liter. Ale także – że to zadanie może być źródłem wielkiej satysfakcji. Litery to wspaniały materiał, z którego można tworzyć różne światy. Jeśli umie się dzieciom pokazać litery jak w historii "Król liter", to chętniej się uczą, bo sprawia im to radość.

M.B.: Dzieci na całym świecie czytają dziś bardzo dużo opowieści fantasy. Co pani o tym sądzi?

E.H.: Są dwa rodzaje historii, które się przenikają. Jedne to historie wywodzące się z rzeczywistości realnej. Opowieści, które pokazują, jak piękne jest to, co nas otacza, rozwijają wyobraźnię społeczną. Są bardzo ważne. Drugie to historie ze świata fantazji, jak opowieść o czarownicy Lukrecji, która jest uczennicą, chodzi do szkoły.

Dzieci potrzebują tych historii, bo to opowieści, które sięgają do archetypów. Archetypy to część historii wewnętrznej, międzynarodowej, wszędzie są takie same. Dzieci doskonale wyczuwają, co jest prawdziwe, co sprawiedliwe. Czują, gdy ktoś jest niesprawiedliwy, gdy ktoś kogoś źle traktuje. Są na to bardzo wrażliwe. Ważne są i historie realne, i te sięgające do archetypów, do fantazji, jak baśnie braci Grimm.

M.B.: Uczeń w klasie czwartej pyta mnie: po co biznesmenowi baśnie? Czy dostrzega pani różnice między dziećmi sprzed dwudziestu, trzydziestu lat a dzisiejszymi?

E.H.: Myślę, że przez tego ucznia mówił jego ojciec. Dzieci dobrze wiedzą, że biznesmen też potrzebuje baśni. Że żyje w świecie, który składa się nie tylko z liczb. Że żyje w świecie z innymi ludźmi, ale i w świecie fantazji. I im lepiej będzie się czuł w sferze fantazji, tym lepszym będzie biznesmenem.

M.B.: Czy bierze pani udział w spotkaniach z dziećmi? Ma pani z nimi kontakt, dostaje pani od nich listy?

E.H.: Właśnie dziś dostałam list od dziecka ze Szwajcarii. Napisałam dwie części opowieści o czarownicy Lukrecji i dziecko pytało o dalsze. Na pewno ich nie napiszę. Nie uważam, żeby dobrym pomysłem było tworzenie kolejnych części jakiejś historii. Ale to piękne, że dzieci piszą tak od siebie. Czuję, że one lubią te książki. Sytuacja, w której dzieci spontanicznie wyrażają swoje uczucia – jest jak prezent dla nas, pisarzy.

M.B.: Które z napisanych przez siebie książek uważa pani za szczególnie pani bliskie albo szczególnie ważne?

E.H.: Należy do nich przede wszystkim "Czarownica Lukrecja". Bo bohaterka tej książki, z jej lękami i przeżyciami, które są źródłem radości, przypomina uczennicę. Lubię też historie o literach, bo wprowadzają w świat wyrazów. A "Peppino, wróć!" porusza temat wciąż ważny w Europie – problem emigracji. Przecież nadal trwają wędrówki narodów. Zrozumienie dzieci z różnych kultur uważam za niezwykle istotne. Te trzy tematy są ciągle aktualne.

M.B.: Co pani czytała w dzieciństwie?

E.H.: Pierwsze książki to były specyficzne baśnie. Piękne opowieści, baśnie z całego świata, które pisała Lisa Tetzner, mieszkająca w Tessin emigrantka z Niemiec. Pamiętam historię o wspaniałym garnku. Tekst był rymowany, rytmiczny. Garnek – klap, klap – szedł w świat. Pojawiały się głodne dzieci, głodne zwierzęta i chciały jeść z tego garnka. A każda sytuacja była jak muzyczne powtórzenie. To mnie zachwyciło. Myślałam, czytając pierwszy tekst: ach, słów można słuchać jak muzyki! I tak jest w moich utworach. Staram się włączać rytm, rym, muzykę. Dzieci bardzo to lubią. Lisa Tetzner robiła to doskonale. Jej teksty – teraz w nowej edycji, opublikowane w postaci malutkich zeszytów – nadal są czytane we wszystkich szkołach Szwajcarii. Kontakt z jej książkami był dla mnie źródłem czegoś jak olśnienie. Świat słów, który jest muzyką, rytm, rymy – uważam za piękne. Swoim dzieciom czytałam teksty pisane wierszem, muzyczne. Dzieciom trzeba czytać teksty pisane jasnym, prostym językiem. Szybko je rozumieją, nie są zmęczone i uczą się czegoś nowego. Przypomina mi się teraz psychologia Piageta (a jednak psychologia pomaga!). On miał wiele przemyśleń na temat uczenia dzieci. Tekst nie może być za łatwy, bo dziecko szybko się znudzi. Ale nie może też być za trudny. To, co niezrozumiałe, dzieci wyłapują i asymilują. Dlatego uważam, że pierwsze teksty czytane przez dzieci powinny być pisane mową wiązaną. Piszę też wiersze. Całą powieść można zawrzeć w jednym wierszu, na małej przestrzeni. Wiersze w lapidarny sposób opisują cały świat.

M.B.: W księgarni w Bazylei widziałam właśnie pani książkę "Im Traum kann ich fliegen" ("We śnie potrafię fruwać"). Proszę o niej opowiedzieć.

E.H.: To książka z obrazkami. Pomysł zrodził się z obserwacji. W zimie małe zwierzęta żyją pod ziemią. A potem przychodzi dramatyczny czas, kiedy wspaniała cebula nagle pęka, a jej przyjaciółka gąsienica zawija się w kokon. Zwierzęta wpadają w panikę. Martwią się, że cebula jest chora, a gąsienica nie może słyszeć. Stało się coś złego. I nagle przychodzi wiosna – z cebuli wyrasta wspaniały tulipan. Żyje w innej rzeczywistości, ponad ziemią, widoczny. Robaki zauważają też, że wokół tulipana fruwa piękny motyl. To pewien sposób przeobrażenia, do którego dochodzi w świecie. Trzeba cierpliwości, by powstały nowe rzeczy. Może to być historia o życiu i śmierci, ale nie trzeba tego koniecznie mówić dziecku. Dzieci to czują. Można w tej historii dostrzec wiele płaszczyzn, także płaszczyznę metafizyczną. Nie musimy tego jednak objaśniać. Historie takie jak ta rozgrywają się każdej zimy. Ziemia wygląda, jakby umarła, popsuła się, a tymczasem gromadzi nową energię, zbiera siły – i zawsze przychodzi wiosna.

M.B.: Słyszałam od jednej pani, która ukrywała się w czasie wojny, że chciała być motylem

E.H.: Tak, dla dzieci, które są poważnie chore, które czują, że wkrótce umrą, śmierć nie jest niczym innym. Przeżywają to inaczej niż dorośli. Szwajcarska badaczka długo mieszkająca w Ameryce zajmowała się zjawiskami związanymi ze śmiercią dorosłych i dzieci. Ona też trafiła na motyw motyla. To wielka metafora. Widzimy piękną gąsienicę, a ona nagle się przepoczwarza. Myślimy, że coś jej się stało, a ona po prostu się zmienia. Wielka metamorfoza natury.

M.B.: Książki dziecięce to tylko część pani twórczości. Druga to powieści dla dorosłych. Odnajduję tematy wspólne dla obu części: magia, czarownice, dzieci czarownice, np. w "Die Vogelmacherin. Die Geschichte von Haxenkindern" ("Stwarzająca ptaka. Historia o dzieciach czarownicach").

E.H.: To najpoważniejsze z podjętych przeze mnie tematów. Na początku bałam się o tym pisać, bo nie są to tematy łatwe. Piszę książki dla dorosłych, które są efektem poszukiwań prowadzonych w archiwach. Nie są wytworem mojej wyobraźni, są oparte na dokumentach. Ciągle słyszałam, że w Europie wsadzało się dzieci do więzienia za czary. Postanowiłam, że nie będę pisać, dopóki nie znajdę dokumentów. W szalony sposób zdobyłam odpowiednie dokumenty i pomyślałam, że jeśli o tym nie napiszę, to znów minie sto lat, zanim ktoś do nich zajrzy i opisze losy dzieci. Pocieszyło mnie to, że w XVII wieku obdarzone fantazją dzieci były silniejsze niż mający okropne wyobrażenia dorośli. Wszelkie problemy próbowano wówczas wytłumaczyć zjawiskami magicznymi. Wierzono, że dzieci były opętywane przez diabła, bo młodych ludzi łatwo ukształtować. Pracę nad tymi tekstami wspominam jako brardzo ciekawą.

M.B.: Niektóre pani książki są w Szwajcarii lekturami szkolnymi, np. "Anne Goldin. Letzte Hexe" ("Anna Goldin. Ostatnia czarownica"). Jak się pani czuje jako klasyk literatury?

E.H.: "Anne Goldin…" to zwariowana historia. Publikowały ją różne wydawnictwa, wciąż jest wydawana w wersji kieszonkowej. A teraz wydawnictwo Pathmos wydaje serię literatury światowej, w której ukaże się i moja książka. Śmieszna to sytuacja, gdy autor wie, że jego tekst został zaliczony do klasyki literatury światowej. Książka żyje. Jest czytana w wielu szkołach. I to mnie cieszy. Mam szczęście, bo wszystkie moje powieści są wydawane w wersji kieszonkowej i dzięki temu trafiają do rąk ludzi młodych.

M.B.: Co warto przetłumaczyć na język polski?

E.H.: "Der Zeitreisende. Die Visionen des Henry Dunant". W 2010 roku minęło sto lat od śmierci twórcy Czerwonego Krzyża – Henry’ego Dunanta. Myślę, że żaden człowiek nie przemyślał spraw pokoju i wojny tak jak on. Chciał, żeby do roku 2000 ludzkość pokojowo rozwiązała swoje konflikty. Marzenie się nie spełniło… Tym bardziej więc jego myśli warte są upowszechnienia. Warto przetłumaczyć "Anne Goldin…" Książkę, która jest chętnie czytana przez młodych ludzi, bo sięga do archetypu. To prawdziwa historia kobiety ze Szwajcarii skazanej przez Kościół protestancki za czary. Warto też przetłumaczyć powieść "Wachsfluegelfrau". O Emily Kempin-Spyri, pierwszej prawniczce europejskiej, która miała wielkie problemy z wykonywaniem swego zawodu, aż w końcu umieszczono ją w szpitalu psychiatrycznym w Bazylei. To trudne tematy i nikt wcześniej ich w literaturze nie podjął.

M.B.: Dziękuję za rozmowę. Mam nadzieję, że znajdzie się tłumacz, który przeniesie pani książki na grunt języka polskiego.

Zakończyłyśmy rozmowę, ale to nie koniec spotkania z pisarką. Jedziemy do Ascony, leżącej tuż nad samym Lago Maggiore. Idziemy na cmentarz. Pani Hasler pokazuje mi niezwykły grób: emigrant rosyjski, prawnik Wladimir Rosenbaum, z trzecią żoną i z pierwszą żoną, Aliną Valgin (wszyscy troje wyrazili na to zgodę). Zmarłą w 1986 roku w wieku 97 lat Alinę uczyniła bohaterką kolejnej powieści, "Aline und die Erfindung der Liebe". Tematy – jak mówi pisarka – przychodzą do niej same. Bohaterowie powieści chodzili po ulicach Ascony, które dzisiaj przemierzamy. Oglądamy fasadę pięknego domu, w którym była kancelaria Rosenbauma.

Najnowsza powieść rozgrywa się w okolicy Ascony, a jej głównym bohaterem jest Hermann Hesse. – O, tu , w tym domu bywał – pokazuje mi po drodze z Ronco. W towarzystwie Eveline Hasler rzeczywistość znakomicie łączy się z fantazją.

Rozmawiała Maria Borzęcka
Fot. archiwum E. Hasler

Wywiad ukazał się w 15. nr kwartalnika "Ryms" (jesień 2011)

Eveline Hasler – (ur. 1933 r.) szwajcarska pisarka. Studiowała psychologię i historię na Uniwersytecie we Fryburgu. Pracowała jako nauczycielka w Sankt Gallen. Debiutowała w 1962 roku jako pisarka dla dzieci i młodzieży. Dwukrotnie została wpisana na Listę Honorową im. Hansa Christiana Andersena (w 1968 i 1976 roku). Otrzymała Szwajcarską Nagrodę w Dziedzinie Książki Młodzieżowej (1978 r.). W swoim dorobku, obok wielu książek dla dzieci, ma też powieści dla dorosłych, za które była wielokrotnie nagradzana.

« wróć na stronę listy artykułów

Dodaj komentarz





Najnowszy numer


ZAMÓW NEWSLETTER


Reklama

  • Arctic
  • 12 miesięcy
  • czaple
  • Żółwik
  • Ryms na Facebook
  • ryms w empikach
  • Gwarancja kultury dla Marty Lipczyńskiej
  • Lato Adeli
  • Ze zwierzyną pod pierzyną
  • IBBY Ryms upowszechnianie czytelnictwa
  • Wróble na kuble
  • OKO