Ostatnio dodane

Nowości z zagranicy. Listopad 2018

Czwartek, 13 grudnia 2018

Konkurs imienia Janusza Christy

Środa, 5 grudnia 2018

Fenomen Kosika

Niedziela, 25 listopada 2018

Books, Bücher, Libros, Livres. Mała Czcionka poleca...

Poniedziałek, 12 listopada 2018

8 marca, czyli inna wśród swoich

Niedziela, 11 listopada 2018

 

Ostatnio komentowane

Klasycy przedwojennej ilustracji

Wtorek, 21 lipca 2015

Gdzie szukać aplikacji dla dzieci?

Piątek, 9 października 2015

Najważniejsze nagrody w dziedzinie: książka dla dzieci i młodzieży

Wtorek, 5 kwietnia 2016

Nowe szaty Andersena

Środa, 1 kwietnia 2015

Komiksowa podróż Shauna Tana

Piątek, 9 stycznia 2015

Pełniej odczuwać, głębiej rozumieć (o relacji dziecko - sztuka)

Piątek, 30 października 2009

Hanna Diduszko,  Pełniej odczuwać, głębiej rozumieć (o relacji dziecko - sztuka), [w:] "Ryms" nr 5, wiosna 2009, str. 2-4

Związek człowieka ze sztuką to jedna z najbardziej bezinteresownych i tajemniczych relacji, jaka się może przydarzyć. Człowiek – twórca, niezależnie od wieku, czyni coś, co – na pozór – nie ma sensu.

Ten, kto wyżłobił na ulepionym przez siebie glinianym garnku linię, nie zrobił lepszego, to jest mocniejszego i trwalszego naczynia. Żłobiąc linię, wykonał jednak garnek piękniejszy... Taki, który go zachwycił i zadziwił. Spowodował szybsze bicie biednego, poszukującego piękna serca, które dotąd, wraz ze swym właścicielem, zamieszkiwało w ciemnawej, ponurej jaskini, w otoczeniu samych praktycznych przedmiotów. Czym jest piękno? „Kształtem jest miłości” – mówi poeta i jest to jedna z wielu możliwych (i zapewne jedna z bardziej udanych) definicji.

 Pytanie o związek dziecka ze sztuką jest zatem szczególnym przypadkiem pytania o związek człowieka ze stworzonym przezeń pięknem (mówiąc „sztuka”, mam na myśli działalność człowieka nakierowaną na tworzenie piękna). To rodzi kolejne pytania: Czy dziecko może być twórcą sztuki? Czy powinno być jej adresatem? Czy jest dobrym odbiorcą sztuki, tj. czy jest w stanie wziąć z niej coś istotnego? Intuicyjnie czujemy, że odpowiedź brzmi: tak. Ale czy rysunek nagryzmolony na kartce niewprawną rączką jest sztuką, czy tylko nieudolnym bazgrołem – tego NA PEWNO nie dowiemy się nigdy: nie dysponujemy pewnymi, ostatecznymi definicjami sztuki czy piękna. Rozważając relację: „sztuka – dziecko”, musimy się odwołać do roboczych definicji i roboczo przyjętych założeń.

 Przyjmijmy zatem, że świadoma twórczość dziecka może być uznana za tworzenie sztuki. Dziecko chce wykonać coś, czego przedtem nie było, jakiś przedmiot estetyczny. Efekt tych działań zadowala je lub nie. Przyjmijmy, że jeśli rezultat jest niezadowalający – stworzony przedmiot sztuką nie jest, jeśli daje satysfakcję – zmienił coś w świecie, można mówić o jego przynależności do tej sfery. Widzenie dziecka jako twórcy ładnie i prosto zarysowano w książce adresowanej do małych: dwu-, trzyletnich dzieci Kto jest samotny? Stiny Wirsen (Stentor – Kora, 2008), gdzie samotny miś próbuje znaleźć towarzystwo. Doprowadzony do ostateczności (towarzystwa, mimo usilnych starań, znaleźć się nie dało) wymyśla, że najlepszym zajęciem będzie rysowanie. Podejmuje zatem świadomą próbę twórczą. Ale próba się nie udaje, bo miś nie jest zadowolony ze swojego rysunku („brzydki, brzydki rysunek!”). Nie udało mu się zaistnieć w świecie sztuki. Zaczyna jeszcze raz. Tym razem próba kończy się sukcesem. Miś jest teraz zadowolony ze swego dzieła. Stworzył obrazek, który mu się podoba, przynosi satysfakcję. Ów przedmiot estetyczny stworzony przez misia (to nie tylko dzieło natchnienia, ale i pracy, bohater wszakże poprawia to, z czego nie był zadowolony) zmienił coś w jego świecie. Sztuka stała się tu lekiem na samotność. Działania twórcze okazały się sposobem na znalezienie dobrego miejsca w rzeczywistości, pozwoliły wyjść z emocjonalnego impasu (książeczka, nie bez racji, ukazała się w serii „Edukacja emocjonalna”). Stina Wirsen, szwedzka autorka książki (bardzo istotną rolę odgrywają tu ilustracje, wyraziście pokazujące stany uczuciowe) mówi zatem: tak, dziecko (jego figurą jest tu samotny miś) może być twórcą, wykonywać przedmioty estetyczne i w ten sposób kontaktować się ze sztuką, która może w jego życiu stać się istotną wartością.

 Czy dziecko powinno być adresatem sztuki? Słyszy się, że dzieci – jako odbiorcy sztuki – nudzą się, a zatem po co im sztuka? Ale nudzi się również wielu dorosłych, a do nich artyści adresują swoje produkcje bez wahania. Jeżeli sztukę adresuje się do ludzi, to również i dzieci mieszczą się w tej grupie. Ktoś jednak musi wykonać osobną pracę, by sztuka mogła „przyjść” do dziecka. Nie porusza się ono przecież po świecie w sposób zupełnie samodzielny. Ktoś musi pokazać mu miejsca (galerie, muzea), gdzie umieszcza się przedmioty, które tam istnieją w inny sposób, stają się przedmiotami estetycznymi i nie służą celom praktycznym. Ktoś musi zwrócić uwagę dziecka, że ze sztuką można się kontaktować i że jest to ważne, również w przestrzeni domu – patrząc na ściany, gdzie wiszą obrazy, czy przeglądając karty książek.

 Trzeba przyznać, że sporo się dzieje (od strony instytucjonalnej), by sztuka „przychodziła” do dziecka. W szacownej Zachęcie, na przykład, przyczepia się błazeński nos rzeźbie ustawionej u szczytu schodów i umożliwia dzieciom nie tylko korzystanie ze zjeżdżalni, ale również podejmowanie tak ważnych dla nich własnych, twórczych działań. Wszystko po to, by galeria stała się przyjazną przestrzenią. Dość powszechną praktyką jest też organizowanie specjalnych miejsc, gdzie dzieci mogą się i bawić, i przebywać ze swoimi bliskimi, i jednocześnie – trochę mimochodem (co bywa najskuteczniejsze) – obcować ze sztuką. Tak jest, na przykład, w funkcjonującej w Warszawie fundacji „Sto Pociech”, która wraz z galerią o wdzięcznej nazwie „Cuda na kiju” umożliwia regularne łapanie bakcyla sztuki. Podobne inicjatywy są, co prawda, znane od lat, ale teraz mogą trafić do szerokiego grona odbiorców, bo świadome mamy wyszukują w Internecie najciekawsze miejsca (a może „miejscówki”?), gdzie należy pójść ze swoimi pociechami (niekoniecznie stoma, ale niech tam, choćby z jedną!). To czasem rzeczywista potrzeba, a czasem snobizm, ale może z niego wyniknąć więcej dobrego niż złego.

Najłatwiej dostępnym miejscem, w którym dziecko może obcować ze sztuką, ciągle jednak pozostaje zacisze domowe. Wystarczy bowiem sięgnąć po książkę, by znaleźć się nie tylko w kręgu sztuki słowa, ale Sztuki w ogóle. Ważne jest jednak, by w owym – miejskim, czy wiejskim (gdzie wciąż brakuje galerii i muzeów) – domowym zaciszu znalazły się książki odpowiednie. Czyli jakie? Jeżeli zależy nam, by dziecko miało elementarną wrażliwość na piękno (które wszakże „kształtem jest miłości”...), wypada dążyć do zaopatrywania domowych biblioteczek nie tylko w interesujące pozycje „do czytania”, ale również w książki, które są integralną całością. W takich książkach integralnych tekst łączy się w sposób nierozerwalny z obrazem, tworząc jedność. Dzięki temu jest możliwe pełniejsze odczucie i głębsze rozumienie tego, o czym traktuje książka, a zatem – pośrednio – możliwe jest pełniejsze odczucie i głębsze rozumienie szeroko pojmowanej rzeczywistości. Nie wdając się w tym miejscu w dyskusje o terminach (książka integralna/książka obrazkowa), warto tu zaznaczyć, że książki integralne, nie konkurując z książkami przeznaczonymi wyłącznie do czytania, spełnią dodatkową rolę: staną się elementem wychowania estetycznego. Ważne zadanie ma do spełnienia przy ich tworzeniu nie tylko pisarz (tradycyjnie zwany autorem), ale także ilustrator i grafik – osoby, które czuwają nad wizualnym kształtem całości. Książka integralna jest przedmiotem, który dziecko bierze do ręki i, czytając tekst oraz oglądając książkę, doznaje jednocześnie wzruszeń duchowych (związanych z zapisaną treścią) i estetycznych (związanych ze sferą wizualną). Wszechstronność oddziaływania buduje poszerzoną płaszczyznę odczuwania i rozumienia. Przykładów mogłoby tu pojawić się wiele, bo na rynku znajduje się wiele tego typu książek. Poprzestańmy na czterech, zupełnie odmiennych, stosunkowo niedawno wydanych pozycjach: Binta tańczy (Zakamarki, 2008) A ja czekam (Hokus-Pokus, 2007), Chodzi, chodzi Baj po ścianie (Media Rodzina, 2007) i Kocur mruży ślepia złote (Hokus-Pokus, 2008).

Binta tańczy Evy Susso (pisarki) i Benjamina Chauda (ilustratora) to istny wybuch energii, radości, beztroskiej zabawy z tolerancją w tle. Tekst to prezentacja rodziny i jej zajęć, w tym zabaw przy rytmicznych dźwiękach bębna. Wszystkim jest dobrze razem, bezpiecznie i wesoło. Oddają to również kolory ilustracji (tak ciepłe, że niemal parzą palce przy odwracaniu kolejnych stron) i formy, które próbują wybiec poza granice kartki. Ekspresja rysunku współgra z niemal dającym się słyszeć rytmem wybijanym na bębnie. Z kolei A ja czekam Davida Cali (pisarza) i Serge Blocha (ilustratora i autora koncepcji graficznej) to opowieść o poezji i wadze czekania. Tu znaczenia nabiera wszystko: wydłużony kształt książki (czekanie jest dłuuugie), dużo „powietrza”, białe, puste przestrzenie (to miejsca na zmagającą się z Tajemnicą myśl) i ascetyczny rysunek wykonany lekką, czarną kreską, która łączy się z czerwienią kreski – nici, biegnącej przez wszystkie kartki (pokazuje powiązanie kolejnych etapów życia w jedną jakby pulsującą krwią całość). Chodzi, chodzi Baj po ścianie Kazimiery Iłłakowiczówny (poetki; udanego wyboru jej wierszy dla dzieci dokonała Roksana Jędrzejewska-Wróbel) i Pawła Pawlaka (ilustratora i autora koncepcji graficznej) to emanacja czystej poezji, wyłaniającej się w tym samym stopniu z wierszy, co z ilustracji – ulotnych, subtelnych, operujących pełną gamą świetlistych barw i jakby rozlewających się (za sprawą użycia akwareli). Zarówno wiersze, jak i strona wizualna książki są sygnałem do uruchomienia wyobraźni, której wszakże nie zastępują. W ilustracjach (jak w poezji) nie ma miejsca na dosłowność. Np. Córce korsarza, której bohaterką jest tajemnicza dziewczynka, towarzyszy ilustracja pokazująca jedynie „cieniusieńkie paluszki”, „chude opalone kolanka” i czarnego pudla. Reszty nie widać. Na tym polega tajemnica. Do jej poszukiwania zachęca zarówno poetka, jak i artysta plastyk. Z kolei Kocur mruży ślepia złote Marii Ekier (autorki tekstu i ilustracji) oraz Rafała Bagińskiego (autora typografii, mającej tu duże znaczenie) to także wyprawa w stronę nieodkrytej tajemnicy, narysowanej drapieżną, intrygującą, „brzydką” kreską i opisanej „rozbrykaną” czcionką. Dziecko trochę się boi (bohaterem opowieści jest diabeł, niezbyt co prawda straszny, raczej ciekawy świata i – trochę jak dziecko – eksperymentujący w sferze barw, ale jednak diabeł...), ale bardziej – dziwi. To zadziwienie znakomicie uruchamia i myślenie (co to? po co to?), i czysto estetyczne przeżywanie obrazu.

Książki integralne (niekiedy można je nazywać książkami obrazkowymi) są szczególnie ważne dla małego dziecka. Będą przykuwać uwagę na różne sposoby, co spowoduje, że taki odbiorca raczej nie dozna nużącego uczucia nudy. Oszczędzą mu jednak nadmiaru agresywnych bodźców (i tak jest ich wokół bardzo wiele), może zaintrygują (Piękno i Brzydota, jego odbita w krzywym zwierciadle siostra – nie mylić ze szmirą! – bywają – jako ważne kategorie estetyczne – nadzwyczaj intrygujące), może ucieszą, może wywołają zamyślenie. Istnieje spora szansa (choć, rzecz jasna, nie pewność), że do takich dzieł dziecko będzie chciało wracać, przeczyta je i obejrzy wiele razy, odkrywając kolejne sensy i warstwy znaczeniowe albo doznając coraz większej, pogłębionej satysfakcji. Książki integralne można czytać i oglądać z małym dzieckiem, ale nadadzą się one również dla dziecka starszego, skłonnego do zamyśleń i refleksji. Takie też się zdarzają, choć nazbyt często uważa się, że dzieci (wszystkie!) najbardziej cenią sobie zabawę... Pamiętajmy więc, że na nas, dorosłych, spoczywa naprawdę duża odpowiedzialność, bo niedorosły odbiorca zawsze skazany jest na tzw. pośrednika w lekturze – osobę, która mu książkę wybiera, darowuje, wstawia na półkę, potem – czyta. Dlatego fundamentalną sprawą jest świadomość (również estetyczna) owego pośrednika w lekturze i cel, jaki ta osoba stawia sobie w kontakcie z dzieckiem. Jeżeli chce mieć święty spokój, posadzi malucha przed telewizorem i wyjdzie do drugiego pokoju lub da mu książeczkę, w której można przyciskać różne klawisze i coś tam będzie grać lub wyskakiwać. Nie ma w tym nic strasznego: telewizor się przydaje, książki–zabawki też, a święty spokój bywa naprawdę pożyteczny. Jednak jeśli chcemy, by dziecko dostało coś więcej niż rozrywkę i zaczęło się rozwijać nie tylko manualnie, ale również emocjonalnie, intelektualnie i estetycznie (najlepiej, by sfery te pozostawały ze sobą w ścisłej łączności), powinniśmy wybierać odpowiednie książki. Jeżeli zaś zależy nam, by dziecko stało się naprawdę dobrym, to jest wrażliwym, a później świadomym odbiorcą (tu dotykamy kolejnej ważnej kwestii), powinniśmy mu jak najczęściej towarzyszyć: czytać książkę i oglądać ją razem z nim. Będzie to wyraźny sygnał, jak ważna jest sprawa, na którą przeznaczamy nasz, spędzany z dzieckiem, czas. Dopiero po takiej wstępnej, wspólnej lekturze przyszłość przyniesie potrzebę rozsmakowania się w książce i w sztuce. Odbiorca (mały, a potem starszy) zacznie zwracać uwagę najpierw na adekwatność słowa i ilustracji, potem na rozmieszczenie i ilość tekstu, później na krój czcionki i jakość papieru. Nie oczekujmy, że dziecko zacznie o tym wszystkim rozprawiać. Tak się raczej nie stanie, ale gdy zawczasu przyzwyczaimy je do książek, które są piękne jako przedmioty, to w przyszłości będzie zapewne wybierać również inne przedmioty piękne i właśnie takie będzie chciało widzieć w swoim otoczeniu.

W ten dość prosty sposób możemy przyczynić się do wychowania estetycznego. Mały, a potem dojrzały człowiek ze wstrętem odrzuci szmirę. Nauczy się dostrzegać (a może i realizować w swoich działaniach, nie tylko w sferze sztuki) związek formy i treści. Przede wszystkim zaś będzie uważniej i bardziej krytycznie przyglądać się światu, zauważając w nim nie tylko sprawy ważne z utylitarnego punktu widzenia, ale i te, które stanowią o jego uroku, tajemniczości, niezwykłości i pięknie. Będzie widzieć nie tylko rzeczy wyraźne i duże, ale również szczegóły. Będzie czerpać satysfakcję z obcowania ze sferą sztuki, a oswojenie z nią za młodu spowoduje, że może zechce poszukać jej nowych rejonów.

My zaś zyskamy świadomość, że dzięki przemyślanemu kompletowaniu domowej biblioteczki towarzyszami dzieciństwa naszego dziecka nie stały się paskudne bohomazy, że dzięki dobremu pośrednictwu w lekturze zapobiegliśmy zaśmiecaniu umysłu i wyobraźni wizualną bylejakością, której i tak jest wokół wystarczająco dużo.

Obcowanie z książką integralną nie może być zapewne panaceum na rozmaite estetyczne mankamenty rzeczywistości. Dziecko będzie dokonywać estetycznych wyborów, które nie zawsze zaakceptujemy. Możemy jednak mieć nadzieję, że dzięki naszej postawie wrażliwość na piękno będzie w tych wyborach odgrywać istotną rolę.


Zobacz także:

« wróć na stronę listy artykułów

Dodaj komentarz





Najnowszy numer


ZAMÓW NEWSLETTER


Reklama

  • Arctic
  • Kobiety
  • Wróble na kuble
  • maly atlas ptakow
  • Plasterek
  • Mały atlas motyli
  • IBBY Ryms upowszechnianie czytelnictwa
  • Ryms na Facebook
  • Amelia i Kuba
  • Lato Adeli
  • ryms w empikach
  • Gwarancja kultury dla Marty Lipczyńskiej
  • OKO
  • Ze zwierzyną pod pierzyną