Ostatnio dodane

Books, Bücher, Libros, Livres. Mała Czcionka poleca...

Poniedziałek, 17 września 2018

Wspomnienie o Hannie Krajnik

Środa, 5 września 2018

Books, Bücher, Libros, Livres. Mała Czcionka poleca...

Piątek, 3 sierpnia 2018

Czy ciekawości można kogoś nauczyć?

Czwartek, 26 lipca 2018

Edukacyjna, każda

Poniedziałek, 9 lipca 2018

 

Ostatnio komentowane

Klasycy przedwojennej ilustracji

Wtorek, 21 lipca 2015

Gdzie szukać aplikacji dla dzieci?

Piątek, 9 października 2015

Najważniejsze nagrody w dziedzinie: książka dla dzieci i młodzieży

Wtorek, 5 kwietnia 2016

Nowe szaty Andersena

Środa, 1 kwietnia 2015

Komiksowa podróż Shauna Tana

Piątek, 9 stycznia 2015

Lubię książki, które dobrze się kończą

Czwartek, 8 marca 2012

Lubię wszystkich moich bohaterów. Jędrusia lubię, bo szuka, nawet jeśli nie wie, czego. Nie ustaje. Jest uważny. Nie przechodzi nad faktami bezrefleksyjnie - mówi Wojciech Widłak, pisarz, autor m.in. "Samotnego Jędrusia", "Podręcznych nieporadników" (wyd. Czerwony Konik) i "Pana Kuleczki".

Łucja Abalar: Chciałabym jakoś poważnie zacząć naszą rozmowę, ale jedyne co mi o tej późnej porze przychodzi do głowy, to pytanie o muszki. Z różnorakich zdjęć widać, że jest Pan entuzjastą tego typu męskich ozdób. Ile muszek ma Pan w zanadrzu? Która z nich jest najbardziej ulubiona? Może związana jest z nimi jakaś ciekawa anegdotka...

Wojciech Widłak: O muszkach mogę długo. Muszek nie traktuję jako ozdoby, lecz raczej jak atrybut. Zacząłem je nosić z lenistwa - pracowałem w firmie, w której wypadało się porządnie ubierać, a zawiązanie krawata przekraczało moje skromne możliwości. Tak jest zresztą do dziś. Krawat na gumce kłóci się ponoć z zasadami elegancji, więc wybrałem muszkę. Koleżankom się spodobało, no i tak już zostało. Wtedy miałem trzydzieści parę lat i traktowałem to trochę jak przebranie. W miarę upływu czasu zdałem sobie sprawę z tego, że muszka naprawdę mi odpowiada. Jest pewnym sygnałem, podobnie jak kolczyk u czterdziestolatka czy kucyk u sześćdziesięciolatka. Tych dwóch sygnałów nie będę rozszyfrowywał, natomiast sygnał muszkowy, jak mi się zdaje, mówi: oto ktoś staroświecki. W dobie kultu młodości i nowości chętnie przyznaję się do staroświeckości. Muszka pełni też funkcję znaku rozpoznawczego. Jeśli ktoś szuka mnie tam, gdzie jest dużo ludzi, wystarczy zwykle powiedzieć: „to ten w muszce” i poszukiwania stają się o niebo łatwiejsze. 
Muszkę miał na pierwszym portrecie, jaki zobaczyłem, Pan Kuleczka, co mnie zaintrygowało i stanowiło jeden z powodów, dla których zacząłem o nim pisać. Nie najważniejszy powód, ale skoro mówimy o muszkach, a nie o powodach, nie mogę o tym nie wspomnieć.

ŁA: Mówi Pan: staroświecki, hm... Kiedy czytam przygody Pana Kuleczki czy też wywody profesora Kurzawki, odnoszę wrażenie, że są właśnie trochę z innej epoki (inna sprawa z której konkretnie), a przez to szczególnie ujmujące. Ale już Wesoły Ryjek czy Samotny Jędruś to postacie na wskroś współczesne. Właśnie, jeśli chodzi o Jędrusia, to muszę przyznać, że podzieliliśmy się w domu na dwa obozy: zwolenników i zagorzałych przeciwników tej postaci, a w zasadzie tej fabuły. Zapytam prowokacyjnie: a Pan lubi Samotnego Jędrusia?

WW: Oczywiście, że lubię. Lubię wszystkich moich bohaterów. Jędrusia lubię, bo szuka, nawet jeśli nie wie, czego. Nie ustaje. Jest uważny. Nie przechodzi nad faktami bezrefleksyjnie. Najwyraźniej więc czuje, że wszystko, co mu się w życiu przydarza, ma znaczenie, a każdy kogo spotyka, ma jakąś opowieść, która czemuś służy. Krótko mówiąc - jak to już kiedyś odkryła kaczka Katastrofa - że wszystko jest po coś. A książkę lubię, bo się dobrze kończy, a ja lubię książki, które się dobrze kończą.

ŁA: Rzeczywiście wszystko w poszukiwaniach Jędrusia ma swoją ważność, nawet spadający deszcz czy fruwające piórko. Co do zakończenia - choć szczęśliwe, byłam nim trochę zawiedziona. Przez cała opowieść kibicowałam Jędrusiowi w jego poszukiwaniach, przeżywałam emocje, jakie mu towarzyszyły, temu ciągłemu wpadaniu na coś czy na kogoś. Aż tu nagle pojawia się Samotna Joasia i wszystko się urywa. Ciągle zastanawiam się, czy spotkanie Joasi nie spowodowało u Jędrusia po prostu stanu zakochania, który zagłuszył mu ów dręczący brak. Ale mniejsza z tym.

WW: Rozumiałem całą tę historię jako opowieść o miłości, o jej poszukiwaniu. Ktoś uświadomił mi, że to także opowieść o przyjaźni, o jej poszukiwaniu, a mówiąc ogólniej - o poszukiwaniu więzi, które może nawet nie tyle nadają sens naszej egzystencji (bo sens przychodzi od Tego, który jest źródłem wszystkiego, a więc sensu przede wszystkim), ile ułatwiają dalsze poszukiwania. Mówiąc prościej - razem raźniej. I wpadać do rozmaitych kałuż, i na rozmaite przeszkody. Ci, na których Jędruś wpadał wcześniej (Ryba, Kamień, Drzewo, Gołąb), są w różny sposób, ale jednak - zajęci sobą i zapatrzeni w siebie, a więc zamknięci. Samotność, poczucie samotności to w gruncie rzeczy wezwanie do uświadomienia sobie, że nie jestem samowystarczalny, i zaproszenie do poszukiwań.
 Uff. Się rozgadałem.

ŁA: Co zainspirowało Pana do stworzenia tej uniwersalnej, w sensie przekazu i odbiorcy, opowieści?

WW: O, bardzo lubię pytania o inspirację. Otóż tu inspiracja była oczywista. Dostałem od pani Joasi Rusinek trzy ilustracje przedstawiające narysowanego na asfalcie chłopca (między innymi z Rybą). Towarzyszyła im informacja: "To jest Samotny Jędruś" oraz pytanie, czy nie zechciałbym czegoś o nim napisać. Postać wydała mi się intrygująca, a jej historia, częściowo opowiedziana już przez ilustracje, w moim przekonaniu zawierała się także w imieniu. A zatem po jakimś czasie usiadłem i spisałem tę historię tak, jak mi się ją udało zobaczyć. Potem pani Joasia stworzyła resztę ilustracji i tak powstała książka. Muszę jeszcze dodać, że panią Joasię do narysowania Jędrusia też coś zainspirowało, ale to - jak mawiał Kipling - całkiem inna historia. Wniosek w każdym razie taki, że świat jest pełen inspiracji.

ŁA: Nawiązując do ilustracji Joanny Rusinek - nie zdawałam sobie sprawy, że żeliwne klapy od studzienek mają aż tyle wzorów. Może dlatego, że dorosły, idąc gdzieś, z reguły studzienki omija, a już na pewno się im nie przygląda. Ale pamiętam, że jako dziecko, nie mając oczywiście wiedzy na temat miejskiej kanalizacji, lubiłam fantazjować, co lub kto pod klapą się ukrywa. 

WW: Ja się studzienek bałem, pewnie z tych samych powodów - nie wiadomo, co się pod nimi mogło ukrywać.

ŁA: Na czym, Pana zdaniem, polega oryginalność ilustracji Joanny Rusinek? 
 

WW: Ilustracje Joanny Rusinek, jak sobie teraz myślę, są w sferze plastycznej bliskie mojemu przekonaniu, że najbardziej fascynująca jest codzienność i "zwyczajność", wystarczy tylko się na chwilę zatrzymać i spojrzeć na nią z innej perspektywy, pod innym kątem - a wtedy wyłania się podtekst, może nawet istota, w każdym razie - coś głębszego. Czasem też - jak na tych ilustracjach - pomaga dorysowanie paru kresek. I niepiękny spękany asfalt zmienia się w żywy krzew. Czy to nie fascynujące?

ŁA: Owszem, owszem. Dla mnie "Samotny Jędruś" to paradoksalnie mniej książka o przyjaźni czy samotności a pochwała codzienności, w jej wszelakich przejawach. O tym, jak zwyczajne życie może być inspirujące, że każde spotkanie z Innym może w nas coś zmienić, przebudować, a jednocześnie przybliżyć nas do siebie. Wędrował Pan śladem Samotnego Jędrusia? Na ostatnich stronach jest zamieszczona mapka...

WW: Śladami nie, nie w sensie dosłownym :-). Najłatwiej byłoby mi wpaść z Warszawy do Komorowa, gdzie powstał jeden z rysunków. W Krakowie, gdzie powstała ich większość, bywam przynajmniej raz na rok, ale dotąd nie ruszyłem tam jego śladami. W życiu - tak sobie myślę - pewnie tak. A fizycznie śladami Samotnego J. wędrowała pani Joanna Rusinek. To zrozumiałe, bo inaczej nie powstałyby ilustracje.

Sądzę, że nie tylko zapraszają one do wędrówki tropem Samotnego Jędrusia, ale także tropem Ilustratorki - to znaczy, zachęcają do zabrania na wiosenny, letni czy jesienny spacer kolorowej kredy i uważnego patrzenia pod nogi. A nuż wystarczy tylko kilka kresek, kropek, kratek, żeby z czegoś pod nogami powstało coś zupełnie innego. Nie mam nadziei, żeby tak zrobili graficiarze, choć bardzo bym chciał: zyskałyby na tym i mury (czyste), i asfalt (barwny, do czasu deszczu) i przechodnie (zdumieni, że coś jest czymś innym).

ŁA: Na koniec chciałabym zapytać, czy ma Pan swoje ulubione zdanie wypowiadane przez Jędrusia, z którym się Pan najbardziej utożsamia. Odkryłam ostatnio dla siebie następujące: "Ryby nie umieją mówić, ale umieją się uśmiechać, a to może ważniejsze".

WW: Lubię jedne z końcowych fraz, opisujące odmienny stan świadomości Jędrusia, znany chyba wszystkim, którzy to przeżyli: "Pachniały kwiaty, mruczały gwiazdy, tańczył księżyc. A przynajmniej tak wydawało się Samotnemu Jędrusiowi". Kojarzą mi się - teraz, odczytane po dłuższej przerwie - z takim klasycznym fragmentem (a czego - nie powiem): "Lampa nad progiem i krzesło, i drzwi, wszystko mi mówi, że...", choć to dość luźne skojarzenie, przyznaję.

ŁA: Nie pozostaje mi chyba nic innego, jak życzyć Panu, sobie i wszystkim czytelnikom RYMS-a jak najwięcej takich luźnych skojarzeń inspirowanych lekturą "Samotnego Jędrusia".

Wojciech Widłak - znajomy Pana Kuleczki. Mąż, tata, dziadek. Niedoszły dyplomata, były dziennikarz, były handlowiec, nieustający redaktor. Gdy jako kilkulatek narzekał, że nie ma co czytać, usłyszał w końcu – „to coś sobie napisz”. Przez 40 lat się ociągał, robiąc różne różności, a potem napisał sto kilkadziesiąt opowiadań dla dzieci, wydał paręnaście książek, przyłożył rękę do kilkunastu podręczników. I ma wrażenie, że to jeszcze nie koniec.

Fot. FOTOkoncepcja

« wróć na stronę listy artykułów

Dodaj komentarz





Najnowszy numer


ZAMÓW NEWSLETTER


Reklama

  • maly atlas ptakow
  • OKO
  • Gwarancja kultury dla Marty Lipczyńskiej
  • Lato Adeli
  • IBBY Ryms upowszechnianie czytelnictwa
  • Arctic
  • Wróble na kuble
  • ryms w empikach
  • Amelia i Kuba
  • Ryms na Facebook
  • Ze zwierzyną pod pierzyną